Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
"Coś się kończy, coś zaczyna"

...pędzą taksówki w poprzek czasu...


"Coś się kończy, coś zaczyna"




„Coś się kończy, coś zaczyna”






Usiadłem na krześle obok rozpadającego się łóżka i spojrzałem na Mariusza. Niegdyś miał długie, kręcone czarne włosy, z których pozostał jedynie zlep błyszczących od tłuszczu kudeł, podciętych niewprawną ręką jednej z wolontariuszek i opadających na przesiąkniętą zapachem śmierci poduszkę. To właśnie ten zapach był najtrudniejszy do zniesienia. Nie był do niczego podobny, chyba tylko śmierć wiedziała, dlaczego jest taki, jaki jest. Czując go, człowiek miast żyć nadzieją, popadał w apatię i godził się z okrutnym losem.
Jego nieobecne spojrzenie zdawało się przeszywać na wskroś, jednocześnie nie zauważając mnie wcale. Wymizerowana, wysuszona na papier twarz dopełniała okrutnego obrazu śmiertelnie chorego chłopaka, któremu pozostało mniej niż miesiąc życia. Ile razy na niego spoglądałem, zawsze był „nieobecny”, jakby bujał w niebiańskich obłokach, uprzedzając swe rychłe przybycie. Wiem, iż to bardzo okrutne z mej strony, lecz tak to właśnie wyglądało.
Pokój, w którym umieszczono Mariusza, nie stanowił dobrego miejsca na spędzanie ostatnich chwil życia. Prawdę mówiąc, chyba jedynie zwłoki czułyby się tam dobrze. Pomalowany białą farbą, która przywodziła na myśl sterylne pomieszczenia szpitala; wykafelkowana podłoga, wypolerowana na wysoki połysk, sprawiała wrażenie tak „lodowatej”, że wolałem po niej za dużo nie chodzić – zupełnie jakby potrafiła wyssać z człowieka wszelkie uczucia i nadzieje – a kompletny brak umeblowania, pomijając łóżko, po prostu mnie dobijał. Jedno jedyne okno było tak malutkie, a do tego umieszczone wysoko pod sufitem, że nawet silne promienie wrześniowego słońca nie potrafiły przebić się do pomieszczenia, ledwo go tylko doświetlając pojedynczymi snopami. Kiedy znalazłem się tam po raz pierwszy, doznałem szoku. Niemal się załamałem, gdy mnie poinformowano, że spędzę w tej swoistej „celi śmierci” następne kilka tygodni.
– Przecież to kostnica! – krzyknąłem „dyrektorowi” hospicjum w twarz.
– Zawsze możesz się odwrócić i pójść do domu – odparł lodowatym, całkowicie obojętnym tonem.
Najchętniej bym mu przywalił, kiedy to powiedział. Skurwiel. Nienawidziłem go. Ludzi miał za nic, a nawet jeszcze mniej. Dostał posadę przez znajomości i tylko na pieniądzach mu zależało. My, wolontariusze, zapieprzaliśmy jak woły, a on opierdalał się, kiedy tylko mógł. Czyli prawie zawsze. Wolałem nawet nie myśleć, jaką miał pensję. Zapewne rzuciłbym to wszystko w cholerę.
Dobrze jednak wiedział, że zostanę. Musiałem. Sama myśl o opuszczeniu Mariusza napawała obrzydzeniem do samego siebie.

Posępna mina i obojętne spojrzenie, wyrażające całkowite pogodzenie się z nieuchronnością nadchodzącej śmierci – to był Mariusz. Jak doszedł do takiego stanu? Opowiedział mi tę smutną historię raz. Później kazał przyrzec, iż każda osoba zagubiona czy szukająca sensu życia, jaką spotkam, MUSI zostać przeze mnie wysłuchana. A jeśli tylko będę mógł, mam jej pomóc. W jakikolwiek sposób, czy to materialnie, czy „mentalnie”. Przyrzekłem, gdyż mu uwierzyłem. Oto ta historia:

Ostatni dzień szkoły zawsze ekscytował. Każdy miał jakiś plany na wakacje, jakieś szalone wizje związane ze swą przyszłości, każdy miał to COŚ, co nadawało jego życiu cel. Mariusz przez cztery lata żył na uboczu, nie przyjaźnił się z nikim, rzadko się odzywał na lekcjach, często gdzieś „odpływał”. Koledzy z klasy od początku nadali mu ksywę Dziwak, ale jemu to nie przeszkadzało. W głębi duszy nawet się cieszył, że został „wyróżniony” w tej bandzie przeciętniaków. Nic bardziej go nie uszczęśliwiało, niż obraz kogoś kręcącego głową z niedowierzania na jego widok i nie mogącego pojąć, dlaczego w ogóle żyje. Miło było ich „zawodzić” i dla Mariusza tylko to poczucie pozwoliło przetrwać liceum, czyli czterdzieści miesięcy męczarni. Wyalienowanie niosło za sobą również inne zalety. Nikt nigdy nie prosił go o pomoc przy jakimkolwiek zadaniu czy wypracowaniu, nikt od niego nie ściągał, nikt mu nie przeszkadzał na zajęciach, nawet nauczyciele go nie pytali, jakby przeczuwając mroczną aurę roztaczającą się wokół niego. Jej mrok niósł za sobą wielką tajemnicę Mariusza.
Pierwszy raz przeczytał „Biblię Szatana” Antona Szandora LaVeya tuż przed maturą. Zafascynował się nią do tego stopnia, że nie odstępował na krok swej lektury, zawsze wożąc ją w plecaku. Nie mógł jej zostawiać w domu, gdyż znaleziona przez matkę niechybnie skończyłaby jako pożywka ogni pieca centralnego ogrzewania. Nie, na to nie mógł pozwolić. Dostał swoje „dzieło” bez trudu, lecz po raz drugi już by go nie otrzymał.
Włócząc się kiedyś po mieście spotkał kilku ludzi, ubranych – wbrew pozorom – całkiem normalnie, którzy rozlepiali dość niecodzienne plakaty. Widniał na nich napis: „Chcesz poznać PRAWDĘ o bogu, przyjdź na spotkanie”, a jego tłem był ledwo zarysowany pentagram. Głupi by się nie zorientował, o co chodzi, lecz Mariuszem kierowała ciekawość i dlatego tam poszedł. Z początku miał zamiar tylko posłuchać, i w istocie na pierwszym spotkaniu tak zrobił, nawet uśmiechał się z politowaniem dla głoszonych tam herezji, ale na drugim… coś się w nim przełamało. Dziewięć zasad satanizmu, głoszonych przez „kapłana”, wyryło się w jego pamięci niczym Dziesięć Przykazań na kamiennych tablicach Mojżesza, a diatryba (zbiór wielu reguł) stała się dla niego sposobem na życie (wyrzekł mi, na czym to wszystko polegało, lecz z oczywistych względów nie mogę tu przytoczyć żadnych cytatów). Z pogardą spoglądał na innych ludzi, widząc w nich jedynie marne, samooszukujące się byty, niezdolne samodzielnie myśleć, kierowane tylko dziesięcioma śmiesznymi dla niego zasadami, zwanymi Przykazaniami. Wiedział, ze stoi ponad nimi, lecz nie okazywał tego. Miał na tyle rozsądku, by publicznie nie głosić swej „wiedzy”. Nie miał zamiaru powielać błędów jego poprzedników.
Poczekał do końca szkoły, żyjąc w wielkim podnieceniu. Na początku wakacji przeszedł Rytuał, czyli „Intelektualną Komorę Dekompresyjną”, razem z innymi „nowymi” współwyznawcami. Odbyty wspólnie bardziej utwierdza w wierze i mocy niż „ceremonia” osobista (tutaj również nie mogę podać szczegółów, a są mi znane aż za dobrze). Szybko stał się jednym z najzagorzalszych współwyznawców teorii satanizmu. Wspólnie praktykowali swoją bluźnierczą magię, uczyli się języka henochiańskiego, aby być jak najbliżej „prawdy” przy odmawianiu dziewiętnastu kluczy Rytuału (tu pozwoliłem sobie uchylić rąbka tajemnicy), i w końcu stali się niemal rodziną.
Pod koniec lipca postanowili jakoś „ubarwić” swoje spotkania. Mariusz pochodził z zamożnej rodziny, więc mógł podprowadzać pieniądze z domu tak, aby żaden z rodziców się nie zorientował. Sam zgłosił się na ochotnika, kiedy ich najważniejszy „kapłan” poprosił o zrzutkę na środki „wspomagające”. Chłopak myślał, że będą palić trawkę albo grzyby, bo są bardziej halucynogenne. Pomylił się. I to bardzo.
Nadszedł dzień owej „ubarwionej” mszy. Nie nazywali ich „czarnymi” z uwagi na to, iż nie gwałcili dziewic, nie palili świec z tłuszczu niechrzczonych noworodków, nie śpiewali psalmów od tyłu ani nie pili żadnej krwi, czy to ludzkiej, czy kociej, jak się powszechnie uważało (nie sądźcie, że to cokolwiek zmienia w moim nastawieniu do tych spaczonych rytuałów). Ponoć tylko śpiewali swoje „inwokacje”, palili prawdziwe świece i kadzidła, długo przy tym medytując. Czasem oddawali się orgiom, pijaństwu i obżarstwu. Były to dla nich symbole przełamywania zakazów i spełniania swych chorych żądz – co tak typowe dla satanizmu.
Zgromadzili się w piwnicy jednego z członków ich grupy, który miał akurat wolny dom. Usiedli w kręgu, osadzonym na planie pentagramu. Zapalono świece i kadzidła. Zaczęli od inkantacji, po czym przeszli do… dalszej części. W tym czasie najwyższy „kapłan” obchodził każdego z osobna, podając mu strzykawkę. Mariusz, widząc, co go czeka, wzdrygnął się gwałtownie i przełknął gorzko ślinę. Jednakże nie odmówił. Nie mógł. W zasadzie niczym to nie groziło, ale wiedział, że długo by już nie zabawił w grupie, która stała się dla niego drugą, chyba nawet bardziej prawdziwą, rodziną. Dlatego przyjął „dar” z wdzięcznością, uśmiechając się przy tym szeroko. Podciągnął rękaw pod łokieć, odnalazł żyłę i jednym szybkim ruchem wbił weń igłę pod ostrym kątem. Poczuł piekący ból, jednak dalej się uśmiechał, dokładnie jak tego oczekiwał „kapłan”. Kiedy już było po wszystkim, pożałował tego czynu bardzo. Chciało mu się płakać, lecz powstrzymał się. Nie czas na rozczulanie się nad sobą, pomyślał. Ostatni raz daję się w to wciągnąć.
Zupełnie zapomniał o narkotyku, kiedy ten nagle dał o sobie znać.

Mariusz opowiedział mi, co przedstawiała „wizja”, którą przyniósł „kompot”. Zdecydowałem, że nie mogę jej skracać w żaden sposób, choć początkowo miałem zamiar tylko pokrótce ją opisać. Opowiedziana w całości wydaje się bardziej prawdziwa.

Siedzę, a może leżę? Nie wiem, czuję się lekki jak piórko, zupełnie jakbym istniał tylko w swej własnej świadomości. Wokół mnie wszystko wiruje niczym w szalonym tango. Obrazy z dzieciństwa przeplatają się wzajemnie, chaotycznie szukając jakiegoś powiązania, jakiejś nici, która splotła by je na nowo w jedną logiczną całość. Nagle…
Stoję na szczycie pagórka. Nie ma żadnego wyraźnego źródła światła, jakby słońce na zawsze znikło za grubymi warstwami chmur, choć i tych nie dostrzegam. Przede mną rozpościera się widok ogromnej doliny - ograniczonej z dwóch stron niewielkimi wzgórzami - przypominającej nieruchomą rzekę o płaskich zboczach. Wszystko wokół wygląda jak pustynia, tylko że nawet piasku tutaj nie ma. Właściwie to nic tu nie ma. Nagie, skaliste szczyty spoglądają na równie nagą dolinę, gdzieniegdzie poprzetykaną drobnymi kępkami sczerniałej trawy. Białe jak wysuszone kości, dziwnie poskręcane korzenie wystają co kawałek z ziemi niczym kikuty proszącego o datek kaleki.
W oddali, gdzie horyzont zlewał się z doliną w jedno, zaczęło się coś formować. Pędzące masy powietrza utworzyły coś na kształt burzy piaskowej. Tylko skąd ten piasek? Nie miałem pojęcia. Z czasem owa piaskowo-powietrzna forma nabierała realniejszych kształtów. Z wolna zaczęły się z niej wyłaniać sylwetki jeźdźców. Koń obok konia, uniesione wysoko w geście walki miecze, płonące bitewnym zapałem oczy – tak to sobie wyobrażałem – i wreszcie lśniące same w sobie zbroje; to wszystko składało się na obraz rodem z książek fantasy. Wpatrywałem się w to zdumiony do granic możliwości. Cóż za demoniczna siła ich sprowadziła?
Wtedy coś mnie „tknęło” i zadałem sobie fundamentalne pytanie: skąd, do jasnej cholery, się tam wziąłem? Niczym zahipnotyzowany, patrzyłem na żołnierzy gnających po dnie doliny, nie mogą pojąć, dokąd oni tak właściwie galopują. Powoli zdawałem sobie sprawę, iż jedyną osobą w zasięgu ich wzroku, która może stanowić potencjalny cel, jestem ja. Mimo iż znajdowałem się na szczycie wzgórza, nie czułem się wcale bezpiecznie. Było ono dosyć niskie i płaskie. Dobry koń bez trudu pokonałby te kilkaset metrów, dzielące mnie od dna doliny, w bardzo krótkim czasie.
Pochód zatrzymał się u stóp góry. Dziesięć koni, dziesięciu jeźdźców. Jeszcze raz unieśli broń, znowu rozbrzmiały krzyki. Zadrżałem. To tylko sen, wmawiałem sobie naiwnie. To zwykły sen, a ja zaraz się obudzę.
Zawołali coś dziko, spięli konie i ruszyli galopem w moją stronę. Ujrzałem dokładnie ich twarze. Boże, oni nie mieli twarzy! Ich prawdziwe oblicze zmroziło mnie do szpiku kości. To z pewnością nie byli żołnierze. Każdy z nich miał inną w kształcie zbroję, tylko kolor ten sam – gęsta jak mrok, prawie namacalna czerń. Nosili maski, a puste oczodoły płonęły czerwonym ogniem. Kształty owych masek z piekła rodem zmieniały się w zależności od kąta patrzenia, jednak makabryczna brzydota pozostawała taka sama. Kim oni są?
Otoczyli mnie, niemal paraliżując samym piekielnym spojrzeniem. Bałem się jak cholera. Uniosłem dłonie w geście poddania, jednak żadne słowo mych ust nie opuściło. Zdałem sobie wtedy sprawę, że jestem zupełnie nagi. Natychmiast opuściłem ręce, zakrywając genitalia. Co się dzieje? Co się, od jasnej cholery, dzieje?!
– I ty, marny, tchórzliwy człowieku chciałeś wstąpić w panteon demonów – zadrwił stojący na wprost mnie. Spojrzał na pozostałych. Zatrzymał wzrok na kimś za moimi plecami. Bałem się jednak odwrócić. Poczułem, że ten ktoś zsiada z konia. Przełknąłem z trudem ślinę. Serce waliło mi jak szalone. Drżałem, kiedy ten ktoś zachodził mnie od tyłu. Zacisnąłem szczęki i napiąłem wszystkie mięśnie, obawiając się uderzenia albo czegoś znacznie gorszego. Nic takiego nie nastąpiło.
Zakapturzona postać znalazła się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Spod czarnego kaptura wypłynęła mroczna mgła, a z niej wyjrzały dwa płonące rubiny.
– Przedstawię ci może ławę „przysięgłych” – rzekła owa postać z wyraźnym sarkazmem. Chyba przeklętych, pomyślałem. – Od twej lewej – wskazała szponiastą dłonią – Amen, Fenrir, Mictlan, Midgard, Rimmon, Balaam Damballa, Metztli, Dagon i na końcu ja – zdawało mi się, iż na jego nie-twarz wypełzł uśmiech – Baalberith. Jako „bóg” porozumienia, będę negocjował. – Zaśmiał się chrapliwie, jakby nie posiadał strun głosowych tylko poszarpane sznury. Mnie zaś przed oczami wykwitł obraz swej bardzo bolesnej śmierci. Jezu…
Już chciałem zapytać, co takiego ma zamiar negocjować, kiedy stało się coś nieoczekiwanego. Poczułem kłujący ból w klatce piersiowej i padłem na ziemię, jęcząc, gdyż traciłem oddech.
– Jak śmiałeś?! – grzmiał głos Midgarda, syna Lokiego, demona o wężowym spojrzeniu.
– Ty pomiocie chrześcijańskich świń! – wtórowała mu Metztli, aztecka bogini nocy, powstrzymując wściekle parskającego konia przed szarżą.
– Już my ci pokażemy twe miejsce, ziemski szczurze! – krzyknął Balaam, hebrajski demon skąpstwa i chciwości.
Wrzeszczeli jak opętani, którymi w istocie byli, jednak nikt mnie nie uderzył. Ten ból pochodził gdzieś z wewnątrz, zabijał mnie od środka. Czułem, jakby ktoś wbijał we mnie rozgrzane do czerwoności włócznie. Krztusiłem się, ogień palił me płuca, a ja nie miałem go czym ugasić. Żyły na rękach nabrzmiały, mało nie pękając, z oczu zaś lał się potok łez.
– Chciałeś poczuć piekielny ogień, ciesz się nim, masz go pod dostatkiem – odezwał się drwiącym głosem Dagon, filistyński demon, władca mórz.
I znów stało się coś niespodziewanego. Na moment wszystko się urwało. Ból zniknął, jak ręką odjął. Leżałem dalej na nagiej skale, uspokajając się na tyle, na ile to było możliwe, i czekałem na wyrok. Pewien byłem, że zginę. I to w wielkich męczarniach. Dostałem już ich próbkę i chciało mi się płakać. Pożałowałem wtedy każdego czynu dokonanego w imieniu diabła.
Podszedł do mnie Baalberith, niegdyś kanaański bóg porozumienia.
– Wynegocjowałem coś dla ciebie – powiedział niemal zadowolonym głosem, choć czułem, iż ze mnie szydzi. – Nie myśl, że ja tego chciałem, to siła „wyższa”. Nie zginiesz dzisiaj. Miałeś dużo szczęścia. – Jego nie-twarz wykrzywił makabryczny grymas. – Musimy cię uwolnić. Zabraliśmy za to twych towarzyszy – dodał, wskakując na swego piekielnego rumaka. – I żebyś za bardzo się nie cieszył, zasialiśmy w tobie ziarno, które z czasem wykiełkuje, a wtedy… cóż, sam się przekonasz.
Oddalili się w tę samą stronę, z której przyjechali. Tym razem jednak nie wznosili za sobą tumanów kurzu. Prawdę mówiąc, w ogóle nie się za nimi nie kurzyło. Gdyż nie jechali po ziemi, a unosili się nad nią.

Ta straszliwa wizja własnej śmierci prześladowała Mariusza jeszcze przez długi czas. Imiona demonów zaczepiły swe szpony głęboko w jego pamięci i czuł, że nigdy jej nie opuszczą.
Kiedy zbudził się z tej narkotycznej wizji, ujrzał „prawdziwe” piekło. Wokół niego, w rogach pentagramu leżały makabrycznie okaleczone, nagie zwłoki współwyznawców. Wszystkie ciała miały wydłubane oczy, spaloną skórę i liczne rany kłute. Nie mogąc dłużej powstrzymać wymiotów, Mariusz wybiegł stamtąd. Wpadł do kuchni. Opróżnił zawartość swego żołądka do zlewu, po czym usiadł na podłodze i rozpłakał się.
Minęło pół godziny. Ostatkiem sił opanował drżenie, otarł wilgotne policzki i zastanowił się, co dalej. Dzwonić na policję, po rodziców, czy po prostu uciekać? Po chwili wahania zdecydował, że najlepiej będzie jak najprędzej wydostać się stamtąd, a później, gdy otrząśnie się odrobinę, zadzwonić po policję i pogotowie z przypadkowej budki telefonicznej. Łatwo powiedzieć. Wstał, lecz nie mógł się utrzymać na nogach. Był bardzo słaby, niemal wycieńczony. Nie miał zamiaru nic tam jeść, bo pewnie by znów zwymiotował. Opanuj się, człowieku, zganił się w duchu. To nie twoja wina, nie twoja…
Wiedział, że im dłużej zwleka z ucieczką, tym większe szanse, że „wpadnie”. Odetchnął kilka razy. Uspokoił szalone kołatanie serca. Ostrożnie, by niczego nie przewrócić, podszedł do frontowych drzwi. Wyjrzał na zewnątrz, lecz nikt nie nadchodził. Nawet w tak mizernym świetle latarni dojrzałby kogoś, więc pewny siebie wyśliznął się na zewnątrz przez uchylone drzwi.
Rodzicom powiedział, że idzie do kumpla pograć na komputerze. Zawsze tak mówił, a oni zawsze wierzyli. W rzeczywistości ani razu nie dotknął nawet klawiatury. Bawiło go okłamywanie ich. Podbudowywał tak swoje nadszarpnięte ego. Lecz teraz… teraz bardzo żałował, że dał się w „to” wciągnąć. Idiota ze mnie, skończony idiota, powtarzał w kółko, wracając do domu. Zdawało mu się, iż dopiero co minęła północ, ale kiedy spojrzał na zegarek, zorientował się, że dochodzi trzecia. Niebawem wzejdzie słońce, pomyślał, spoglądając w niebo. Przyspieszył kroku. Dwadzieścia minut później stał już pod wejściem do domu. Ręce mu się zatrzęsły, kiedy pomyślał, co powiedzą rodzice, jeśli kiedykolwiek się o „tym” dowiedzą. Otworzył drzwi, wśliznął się cichutko do środka i udał do swego pokoju. Jego rodzice spali na piętrze, więc nie musiał się obawiać nakrycia.
Nie mógł zasnąć. Bał się, że koszmar znów powróci. Przed oczami stał mu obraz zmasakrowanych kolegów. Nie w takiego Szatana oni wierzyli. Czyżby ta cała „biblia” LaVeya okazała się tylko jego kolejnym kłamstwem? Kolejną próbą zaszczepienia w ludziach zwątpienia? Następnym bluźnierczym pomysłem, aby zgromadzić sobie wiernych? Jak tylko o tym pomyślał, przypomniał sobie o plecaku, w którym ta lektura leżała. A plecak został w piwnicy.
– Mój Boże! – krzyknął przerażony.
Nie wiedział, co ma robić. Zabrnął do ślepego zaułka, z którego nie było wyjścia. Jak tylko policja znajdzie ten „dowód”, pójdzie za kratki. Nie był na tyle głupi, aby się łudzić, że go wypuszczą, mając potencjalnego mordercę w garści. A poza tym, opinia publiczna chyba by zjadła władze, gdyby jednak im „odbiło” i zechcieli go uwolnić. Już widział nagłówki porannych gazet. „Nowe Wcielenie Szatana”, „Dzieciak Morderca”, „Rzeź W Piwnicy”. Zadrżał. Wiedział, co czeka w więzieniu. Następne piekło. I to znacznie gorsze od tego, jakie ujrzał będąc na „gazie”.

Nic takiego nie miało jednak miejsca. Policja dokładnie przeszukała piwnicę, nie znajdując nic, co miało jakikolwiek związek z Mariuszem. A przynajmniej nikt z władz się do niego nie zgłosił. Oficjalnie nie można go było powiązać ze zmarłymi, gdyż nigdy nie spotykali się w miejscach publicznych ani nie odwiedzali się w domach, po prostu prócz spotkań nie istnieli dla siebie. Każdy toczył własne życie, o które jakoś tam dbał. Niestety, śmierć szybko się o nich upomniała i nie dała czasu na nawrócenie. Mariusz nie mógł pojąć, dlaczego to właśnie jego pominęła. Kimże był na tej ogromnej kuli brudu, zwanej Ziemią, aby darować mu życie, na które w jego mniemaniu nie zasługiwał? Jaką on przedstawiał wartość na tym materialnym świecie, on, który wierzył w coś, co w końcu go zdradziło i niemal zabiło? Przekraczało to jego pojęcie. Jedyną nadzieję widział w zapomnieniu. Było to bardzo trudne, lecz musiał chociaż spróbować. Inaczej nerwy i zdrowy rozsądek odmówią mu posłuszeństwa i śmierć upomni również się o niego. Przyrzekł sobie jedno: nigdy, przenigdy nie zwiąże się z żadną podejrzaną grupą ludzi, a wręcz przeciwnie – będzie nauczał, jak unikać tego typu pułapek. Pomysł wydawał mu się dobry, lecz jak go zrealizować?
Odpowiedź nadeszła niemal samorzutnie. Pisząc jakiś artykuł, który miał zamiar wysłać do znanego dziennika z prośbą o publikację, zdał sobie sprawę, iż pisanie przychodzi mu to niezmiernie łatwo, jakby urodził się z klawiaturą w ręku. A że miał co opowiadać, powziął decyzję, iż napisze książkę. Wraz z rozpoczęciem roku akademickiego zaczął studiować dziennikarstwo, na które dostał się prawie przypadkiem. To właśnie już nieżyjący „przyjaciele” nakłonili go do zdawania na ten kierunek. Mówili, że to świetny zawód dla satanisty, gdyż będzie mógł niezauważenie wplatać diabelskie wersety w artykuły, a może nawet stworzyć gazetę traktującą o ich „religii”. Mariusz nie podszedł do tego zbyt entuzjastycznie, lecz zgodził się. Koniec końców, co mu zależało? I się dostał. Cieszył się razem z innymi, ale nie wiązał z tym kierunkiem zbyt wielkich nadziei. Teraz, po tym wszystkim, naprawdę poczuł, że coś pozytywnego w nim pozostało. Potrafił się cieszyć, że znalazł swoje miejsce w życiu. Przedtem nawet o tym nie myślał.
Tuż przed świętami książka była na ukończeniu. Rodzice Mariusza byli bardzo z niego dumni, lecz nie mieli pojęcia, o czym jego powieść w ogóle jest. Na ich własne szczęście. Święta minęły dla Mariusza radośnie. W Nowy Rok pojechał na narty do Zakopanego. Przeziębił się trochę, lecz szybko o tym zapomniał. Jednak choroba nie zapomniała o nim.
Już kiedy wracał do domu, czuł się źle. Miewał zawroty głowy, czasem zbierało mu się na wymioty, trapiła go gorączka. Lekarze orzekli: powikłania pogrypowe, konieczny pobyt w szpitalu. A więc odwieziono go prywatnej do kliniki, na którą przecież było go stać. Zrobiono wszelkie możliwe badania. Wyniki były zaskakujące.
Mariusz czytał właśnie ostatnie akapity swej książki, ciągle coś poprawiając, kiedy wszedł lekarz. Miły, starszy pan, którego usta ciągle zdobił promienny uśmiech niosący pacjentom nadzieję na wyzdrowienie, tym razem był ponury, jakby zagubiony, a kiedy chłopak na niego spojrzał, odwrócił wzrok. O co mu chodzi? pytał się w duchu Mariusz.
– Mam złe wieści, chłopcze – rzekł cicho.
Lekarz podszedł do łóżka, usiadł na krześle i wbił wzrok w podłogę.
– Pan nie wie, co to prawdziwe zło, doktorze – odparł Mariusz, wpatrując się w niego. Doktor chyba poczuł jego spojrzenie, bo nerwowo poluzował kołnierz.
– No cóż, może nie. – Gdzież ta moja odwaga, wypracowana przez tyle lat bycia lekarzem? zastanawiał się, a ręce mu się trzęsły niczym pijakowi. Widocznie jestem tylko zwykłym szarlatanem…
– A więc? – Mariusz już się niecierpliwił. Doktor nigdy nie zwlekał z orzekaniem chorób, toteż wydało mu się to trochę niepokojące. Może lepiej, żeby tego nie mówił, pomyślał nawet. Jeśli się okaże, że to nieuleczalna choroba? Zadrżał na samą myśl. Nie wiedział, co by wtedy począł.
– Mariusz – spojrzał mu w oczy lekarz – nie wiem, jak ci to powiedzieć. Znam twoich rodziców od lat. – Westchnął głośno, a sam czuł, jakby ktoś zamiast serca wprawił mu kamień. Nawet ślina nie przechodziła mu przez gardło. A kiedy spojrzał na chłopaka, tę młodą istotę dopiero wchodzącą w prawdziwe życie, łzy stanęły mu w oczach. Żadne słowo nie chciało opuścić jego ust, był jak sparaliżowany. Wtedy zdał sobie sprawę, że chłopak jakoś dziwnie się w niego wpatruje. Otarł szybko łzy, nie chcąc, aby widział, jak mu z tym ciężko. Jeszcze nigdy nie musiał nikomu mówić, że umrze w ciągu pół roku. A teraz to… Spiął się w sobie. Spojrzał chłopcu głęboko w oczy. Nie mógł tego powstrzymać. Po prostu nie mógł. – Mariusz, masz… – zająknął się, połykając łzy, spływające strumieniem po jego policzku – masz… AIDS.
Po tych słowach odwrócił głowę i wybiegł z sali. Nie chciał widzieć reakcji chłopca. Był niemal pewien, że się załamie. Jednak jak tylko pomyślał o jego rodzicach… Boże, jęknął w duszy, dlaczego mnie to spotkało?!
Mariusz leżał nieruchomo, obojętnie wpatrując się w sufit. Przypomniał sobie coś, co zdawało mu się już tylko odległą marą przeszłości, pokrytą od dawna mgłą zapomnienia. „Zasialiśmy w tobie nasienie, które z czasem wykiełkuje, a wtedy… nie będzie ratunku.” Lecz nie załamał się. Zdał sobie za to sprawę, że żaden zły uczynek nie pozostanie bez kary. W zasadzie to mógł się tego spodziewać. Nieraz się dziwił, że nie znaleziono żadnego, nawet najmniejszego śladu jego obecności w piwnicy. To nie mógł być przypadek, i Mariusz wiedział o tym doskonale. Coś za coś. Jesteś na wolności, żyjesz krótko. Idziesz do więzienia, żyjesz jeszcze krócej. Tak mniej więcej widział tę sytuację. Nie uronił ani jednej łzy. Pogodził się ze swoim losem, obiecując sobie tylko, że wyda książkę. Musiał to zrobić. Nie pomyślał, że nieuleczalna choroba to rodzaj pokuty za popełnione czyny.
Podniósł z prześcieradła kartki, na których widniało jego „przesłanie”, po czym znów zaczął je poprawiać. Nie przyszło mu też do głowy, że rodzice zaczną dociekać, gdzie się tym zaraził. A klucz do tego znajdował się w jego rękach.

Matka prawie zemdlała, ojciec zaś zbladł tak, że wyglądał jak trup.
– Jak to AIDS? – zapytał, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. – Jak, skąd? Przecież ta choroba nie chodzi po ulicach. To nie katar, do jasnej cholery!
Doktor bardzo się przejął wybuchem taty Mariusza. Przyjaźnili się od lat, a on mu przyniósł takie wieści. Po chwili ojciec się opanował, zdając sobie sprawę, że wyładowuje się na niewinnym.
– Wybacz, Marek – powiedział, uspokoiwszy się trochę. – Nie chciałem. Sam wiesz, jak wielki to szok dla nas. Jeszcze raz przepraszam.
Lekarz pokiwał głową, doskonale go rozumiejąc. Był pewny, że sam by tak zareagował, gdyby ktoś mu powiedział, że jego syn jest śmiertelnie chory i umrze w ciągu sześciu miesięcy. Cóż za strata! Nie mógł przeboleć, że trafiło akurat na jego przyjaciół. On też nie zgłębił faktu, że wirus HIV sam się nie rozprzestrzenia - test na HIV. Potrzebuje nosiciela, u którego jednak rzadko przechodzi w AIDS. Zaś jego „ofiary”… no cóż, zależy od szczęścia. Albo pecha. Mariusz miał mało szczęścia, a dużo pecha.

W dniu wydania książki, pierwszego Maja, odbyła się mała uroczystość w domu Mariusza. Zjawiło się sporo znajomych, kolegów ze studiów i wiele innych, nieznanych mu osób. Prosił, nawet błagał rodziców, żeby nikogo nie zapraszali. Był w fatalnym nastroju, a sytuacja pogarszała się z dnia na dzień. Jego widok mógł zrazić gości, tym bardziej, że nie wiedzieli o jego chorobie. Rodzina starała się utrzymać to w ścisłej tajemnicy, dopóki nie wymyślą jakiegoś sensownego powodu. Mariusz nie pisnął słowa o narkotykach, twierdząc, że nie ma pojęcia, gdzie się mógł zarazić. Zarzekał się, że nie uprawiał seksu z prostytutką bez zabezpieczenia. W końcu przestali go naciskać i dali sobie spokój. Do dnia, w którym jego „przesłanie” ujrzało światło dzienne, nikt go nie czytał, prócz wydawcy rzecz jasna. Mariusz planował podarować kilka egzemplarzy książki kolegom, rodzicom i dalszej rodzinie. Pech chciał, że nie pomyślał, iż ktoś powiąże pewne zawarte w niej fakty z rzeczywistością. A już tym bardziej, że będą to rodzice.

– Satanista…
Matka Mariusza padła na kanapę ciężko dysząc. Ojciec kręcił głową z niedowierzania. Ich syn był satanistą. To przechodziło ludzkie pojęcie. Chłopak wychowany w katolickiej rodzinie, od zawsze chodzący do kościoła, modlący się codziennie – takie było wyobrażenie jego matki. A naprawdę od początku liceum nie postawił stopy w kościele, nie modlił się wcale, a katolicka rodzina też go niewiele interesowała. A temu, że i rodzice się nim zbytnio nie zajmowali. Miał pieniądze na wszystko. Ale po cholerę mi pieniądze, jeśli nie mam z kim w domu porozmawiać? pytał sam siebie rozdrażniony, po raz kolejny wracając po szkole do pustego domu. Trapiła go samotność, wielka samotność. I to nie przez to, że nie miał dziewczyny, nie, na tym mu akurat nie zależało. On po prostu nie miał z kim pogadać, wymienić poglądów, posprzeczać się czy w końcu pójść na piwo. Był bardzo zagubiony, nie wiedział, co ze sobą zrobić, a przez to podatny na wpływy. Znalazł podobnych sobie „odszczepieńców” wśród satanistów, lecz nie podejrzewał, jak tragicznie to się skończy. Nawet jeśli ktoś by go ostrzegł, na pewno by nie uwierzył. Tak to już jest z głupimi, że nie umieją uczyć się na cudzych błędach, pomyślał sobie, widząc bezgraniczne zdumienie na twarzach rodziców.
– Ale jak? – Matka zdawała się nie rozumieć sensu przeczytanych słów. Mariusz jasno oskarżał swych rodziców o zaniedbania, złe wychowanie, a właściwie jego brak. Ujął to w prostych, brutalnych, ale prawdziwych słowach:
„Oni mieli mnie po prostu w dupie. Nie interesowałem ich wcale, póki wypełniałem sumiennie swe „obowiązki”. A nawet kiedy zacząłem się zachowywać podejrzanie, nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi, zupełnie jakbym był powietrzem. Oni żyli w swym pieprzonym materialistycznym świecie, a ja w swoim – mrocznym, ciasnym, ale własnym. Jak zatem w takich warunkach ma wyrosnąć normalny człowiek? Nie chcę się usprawiedliwiać, w głównej mierze to moja wina, lecz czyż nie daje to do myślenia?”

Dla rodziców stał się zwyrodnialcem, niegodnym życia w ich domu. Nie przyjmowali do wiadomości, że skończył z satanizmem definitywnie i nic już go z nim nie łączy. Stali się zupełnie obojętni na jego słowa, płynące z głębi serca. Nieczuli jak głazy, zimni jak lód. Mariusz nigdy nie sądził, że rodzice potrafią być bardziej okrutni od demonów. Czyżby następne „dzieło” Króla Kłamstw? Demony – jako istoty czystego zła – były całkowicie przewidywalne, a ludzie – którzy zazwyczaj sami nie wiedzieli, co dobre, a co nie – nigdy.

W lipcu stan Mariusza znacznie się pogorszył. Bladość ustąpiła miejsca niemal trupiej bieli, a cienie pod oczami z fioletowych stały się prawie czarne. Nie został z domu „oficjalnie” wyrzucony, tego by się jego rodzice nie dopuścili, lecz nie chciał dłużej być persona non grata i wolał zniknąć.
Książka sprzedawała się średnio, co nie dziwiło go wcale, zważywszy na trudną tematykę, brutalnie obnażającą ludzkie słabości. Miał trochę pieniędzy, lecz zdawał sobie sprawę, że one go nie uleczą. Po co mi pieniądze, zastanawiał się, jeśli zaraz umrę, kiedy są ludzie, którzy nie mają dachu nad głową ani co do ust włożyć? Powziął wtedy decyzję. Prawdziwy ze mnie zdychający filantrop, pomyślał z nutką czarnego humoru. Niedługo później, póki jeszcze był w stanie to zrobić, wyciągnął z konta całe pieniądze, a było tego okrągłe dwadzieścia tysięcy, i poszedł do przytułku dla bezdomnych. Potem udał się do następnego. I jeszcze następnego. Odnalazł każdą zapchloną dziurę, w której mieszkali pokrzywdzeni przez los czy też pokonani przez własne słabości ludzie. Mariusz rozumiał, że są – tak jak on był – ludzie bardzo podatni na złe wpływy, co nieraz prowadzi do tragedii. Podzielił swój zarobek sprawiedliwie, a gdzie się pojawił, widział uśmiechy na twarzach. Zdał sobie wtedy sprawę, że tak naprawdę tylko ludzie nie posiadający nic, albo też prawie nic, są w stanie naprawdę docenić wartość życia. Jeśli stoczysz się na dno, obserwujesz świat z zupełnie innej perspektywy. Liczy się tylko przetrwanie w dziczy, czyli naszym kraju. „Prawo dżungli” nabiera wtedy bardzo realnego, wręcz namacalnego kształtu.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuł się szczęśliwy. Pomagając innym ludziom, w pewien sposób spłacał swój dług wobec społeczeństwa. Wiedział, że Bóg to widzi i miał nadzieję, że się cieszy z tego. Mariusz nie stał się gorliwym katolikiem, jak można by sądzić. Zrozumiał wiele rzeczy, a jedną z nich było, iż jeśli jest zło, odwieczne, pradawne, prawdziwe zło, musi być i dobro. Doświadczał tego ma własnej skórze, czując przypływ zadowolenia, kiedy bezinteresownie wręczał pieniądze osobom prowadzącym przytułki. A ci, bezgranicznie zdumieni, dziękowali niemal ze łzami w oczach. Widzieli, kim był Mariusz, w jakim znajdował się stanie, widzieli w jego oczach powoli dogasający ogień i dziwili się. Bo to było dla nich niepojęte. Jeśli choć jeden z nich zmienił sposób postrzegania świata dzięki Mariuszowi, był to niewątpliwy sukces, choć osiągnięty nieświadomie.
W ostatnim przytułku, kiedy siedział przy stole popijając herbatę i rozmawiał z bezdomnymi o swych problemach, ogarnęła go wielka słabość. Czuł, że życie powoli, lecz nieubłaganie wypływa z niego, a zionąca po nim pustka stawała się przygniatająca. Nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Jęczał głośno, pojedynczymi haustami łapał powietrze, którego też nagle zaczęło mu brakować, jakby płuca postanowiły wreszcie wziąć wolne. Ludzie w panice podbiegli do niego i poklepywali po plecach. Po chwili stracił przytomność. Nie wezwano karetki ani zwykłego lekarza, ani nikogo, kto mógłby mu w jakikolwiek pomóc. Z prostej przyczyny – nie istniał nikt taki. Przez pewien czas opiekowano się nim, ale noclegownia nie była dobrym miejscem do umierania, więc ktoś poinformował najbliższe hospicjum i w taki sposób Mariusz znalazł się w „przytułku chodzących trupów”, jak go sobie nazwał.

Tutaj kończy się jego smutna, ale niestety prawdziwa historia. Od momentu jego przybycia minął miesiąc. Przez te cztery tygodnie bardzo się z nim zaprzyjaźniłem. Moja dziewczyna stwierdziła, że poświęcam mu dużo więcej czasu niż jej i zagroziła zerwaniem. A idź w cholerę, pomyślałem w gniewie. Nie powtórzyłem tego na głos, gdyż bardzo ją kochałem, lecz jej słowa ugodziły mnie głęboko. Spytałem ją za to, czy wie, jak to jest mieć tylko kilkadziesiąt dni życia przed sobą. Odwróciła wzrok.
– Przepraszam – powiedziała cicho Natalia. – Ale zmieniłeś się, Krzysiek. – Spojrzała mi prosto w oczy. – Zmieniłeś się, i to bardzo.
– Nie masz pojęcia, co Mariusz przeszedł.
– To mnie oświeć.
No i wyrzuciłem z siebie każde słowo, jakie zapamiętałem z naszych długich rozmów, czując przy tym niewyobrażalną wprost ulgę. Nawet nie miałem pojęcia, jak taka „spowiedź” może kojąco działać na duszę. Wreszcie podzieliłem się ciężarem nie dającym mi spać od dawna. Szkoda tylko, że coś takiego nie pomoże Mariuszowi...
Natalia nie wiedziała, co powiedzieć. Milczała tak przez dłuższą chwilę, po czym przytuliła się do mnie. Poczułem jej wilgotny policzek.
– Nie wiedziałam – szepnęła. – Boże, nie wiedziałam…
Za to ją właśnie kochałem.
– Muszę się z nim zobaczyć – stwierdziła po dłuższej chwili, ocierając łzy.
Spojrzała na mnie pytająco. Uśmiechnąłem się.
– Kiedy tylko go odpowiednio „podszykuję”.
– Co?
– Wątpię, czy chciałabyś go widzieć w takim stanie jak teraz. A już na pewno on nie pozwoliłby się zobaczyć.
– Krzysiek, on umiera! A ty zajmujesz się bzdurami.
– Jak chcesz, ale nie mów później, że nie ostrzegałem.
– Jesteś niemożliwy – stwierdziła, kręcąc głową.
Pocałowała mnie. Jednak ten pocałunek był inny niż wszystkie. Zawierał w sobie coś, co odebrałem jako gest zrozumienia. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że mam najcudowniejszą dziewczyną na świecie.

No i siedzę na tym rozlatującym się krześle już dobre pół godziny, wpatrując się w wyssaną z życia namiastkę człowieka i rozmyślając o swoim żywocie. Jako wolontariusz często stykałem się z beznadziejnymi przypadkami, czyli właśnie nieuleczalnie chorymi. Jednak nigdy w mej dwuletniej „karierze” nie zetknąłem się z kimś, kogo los potraktował tak okrutnie.
– Ktoś kiedyś powiedział – odezwał się nagle Mariusz przyciszonym głosem, ocknąwszy się z letargu – że życie jest jak pudełko czekoladek
Blady uśmiech „przyozdobił” jego pomarszczone, sine usta. Wyglądało to makabrycznie, niczym uśmiech samej śmierci.
– Widocznie – kontynuował, zaczerpnąwszy powietrza – moje pudełko składa się z samych przeterminowanych.
Zaśmiał się chrapliwym głosem. Z każdym dniem jego humor, jeśli w ogóle się odzywał, nabierał coraz czarniejszych barw, tak jak cienie pod jego oczami. Był to pewien sposób odreagowania stresu, który niewątpliwie towarzyszył bezczynnemu czekaniu na własny zgon. Napluć śmierci w twarz, może zabije szybciej i mniej boleśnie – słynne porzekadło Mariusza – zdawało się nabierać realnych kształtów.
– Natalia chce się z tobą zobaczyć – powiedziałem, kiedy uspokoił trochę swój rechot.
– Coś ty jej powiedział? – zapytał zdumiony. – Zdawało mi się, że miałeś z nią mały problem, u którego podstawy leżałem ja – dodał ponuro.
– Przestań. Co powiedziałem? Prawdę.
Zamilkł, marszcząc brwi.
– Muszę się wpierw trochę ogarnąć – odezwał się po chwili, dotykając pozlepianych włosów.
– Laluś.
– Ale z klasą!
Roześmialiśmy się obaj.
– No, jak na trupa.
Przestałem się śmiać. Czasem jego humor z czarnego robił się wręcz „smołowaty”, co nie było ani trochę zabawne.
– Dobra, Krzysiek, możesz przyjść z nią jutro. Pogonię tych w łaźni, aby dobrze mnie wyszorowali dzisiaj. W końcu czeka mnie nielicha wizyta!
Jakież to było dla mnie niezrozumiałe. On tryskał resztkami energii i własną odmianą humoru, a ja nie mogłem się pozbierać. Jakbym bardziej żył nim niż sobą.
– Nie przejmuj się, stary – powiedział, widząc moją zafrasowaną minę. – Jak już odejdę do krainy wiecznych łowów, będziesz miał czasu na przemyślenia pod dostatkiem. Teraz musimy się cieszyć tym, co pozostało. A że nie ma tego wiele, bo prawie nic, tym bardziej musimy się radować. Logika umarlaka!
– Jesteś niemożliwy.
– Ty tak samo. Umowa?
Spojrzałem na niego. Autentycznie był szczęśliwy. Podejrzewałem, że po prostu już nie mógł się doczekać końca tego koszmaru. Przecież on nie był w stanie nawet samodzielnie przejść się korytarzem!
– Umowa.
Podałem mu dłoń, a blady uśmiech wypełzł na mą twarz. Jeżeli ktokolwiek był w stanie zmienić mój sposób patrzenia na ludzi i świat, to tylko Mariusz ze swym przewrotnym postrzeganiem rzeczywistości.
– A teraz wynocha! Muszę się przespać. Coś mnie swędzi w kroczu. A nóż jakaś fajna laska mi się przyśni. Już widzę te jędrne pośladki, pełne cycuszki, boski uśmiech. Ach, będzie zabawa – wyszczerzył żółte zęby w uśmiechu. – Może nawet będzie żyła!
Pokręciłem głową, niemal płacząc ze śmiechu. Cały on. Maskował swą słabość w dość niezwykły sposób, ale za to również go lubiłem.
Wyszedłem. Udałem się do parku nieopodal. Usiadłem na ławce i zatonąłem w rozmyślaniach.

Zdawało się, że minęło zaledwie kilka minut, kiedy usłyszałem krzyk.
– Krzysiek!!!
Serce podeszło mi do gardła. Odwróciłem migiem głowę. Ktoś bardzo szybko biegł w moją stronę. Zerwałem się z ławki. Tysiące myśli przemykało pokrętnymi korytarzami mego umysłu.
– Mariusz… – łapała oddech Kasia, jedna z wolontariuszek – nie… żyje…
Osłupiałem.
– Co ty wygadujesz, dziewczyno? Przed chwilą z nim rozmawiałem.
Jeśli to była prawda…
– Tak mi przykro, Krzysiek – powiedziała, kiedy uspokoiła się trochę. – Tak mi przykro…
Wróciłem do budynku z kołaczącym, ciążącym niczym kamień sercem. Szybko wbiegłem do pokoju przyjaciela. Wokół łóżka tłoczyło się kilku ludzi: próbujący pomóc wolontariusze i kierowani wyłącznie tanią sensacją pacjenci.
Wydawało się, że śpi. Ten sam makabryczny uśmiech przecinał jego usta, jednak oczy miał otwarte. Zapadnięta klatka piersiowa nie unosiła się ani o milimetr. Nieświadomie wstrzymałem oddech. Kazałem wszystkim wyjść. Posłuchali. Wiedzieli, co nas łączyło.
Kiedy pomieszczenie opustoszało, usiadłem znów na krześle. Zamknąłem oczy. Dopiero wtedy powoli zaczęło do mnie docierać, że Mariusz odszedł. Gdzieś tam, głęboko w moim sercu poczułem ogromną pustkę, zionącą jakby aż z dna piekła. On chyba przeczuwał, że umrze. I dlatego tak usilnie starał się mnie pozbyć. Uścisnąłem jego jeszcze ciepłą dłoń. Była lekka i wiotka jak piórko. Zapłakałem cicho. Taki cios, i to w najmniej spodziewanym momencie. Jak można się pogodzić z taką śmiercią? Po świecie chodzą mordercy, gwałciciele, a w łóżku hospicjum umiera samotnie, porzucony przez rodzinę i przyjaciół niewinny człowiek. Płakałem jak dziecko. Naprawdę chciałem wierzyć, że w tej śmierci jest jakiś ukryty sens, jakaś głębsza prawda, której nie potrafiłem dostrzec od razu. Siedziałem więc i trzymałem jego coraz zimniejszą dłoń, wpatrując się w matowiejące oczy. Nie miałem odwagi ich zamknąć. Wiedziałem jednak, że umarł szczęśliwy, o czym świadczył uśmiech na ustach, więc w gruncie rzeczy nie było się czym martwić.
Powoli zbliżał się wieczór. Zdrętwiałem cały. Nagle poczułem, że coś zakłóciło panującą w pokoju ciszę. Odruchowo otarłem policzki, lecz były już suche. Odwróciłem się, kierując wzrok ku drzwiom.
– Skąd wiedziałaś?
– Nie odbierałeś telefonu, więc domyśliłam się, że musiało się stać coś złego – odpowiedziała Natalia, delikatnie zamykając drzwi.
Telefon! Pogrzebałem w kieszeni. Rzeczywiście, dwa nieodebrane połączenia. Jak mogłem ich nie usłyszeć?
Podeszła ostrożnie do łóżka. Chwyciła moją dłoń. Usiadła mi na kolanach i spojrzała na Mariusza. Jego uśmiech zbił ją z tropu kompletnie. Posłała mi pytające spojrzenie.
– To jest właśnie cała tajemnica, kochanie. Żyć tak, aby umrzeć z uśmiechem na ustach.
– A my? Będziemy tak żyli?
Dostrzegłem w jej błękitnych oczach coś, z czego do tej pory nie zdawałem sobie sprawy. Natalia chciała spędzić ze mną resztę życia. Boże, jak ja ją kochałem!
– Musimy, słonko, musimy.

– Wybaczcie, lecz czas kończyć – powiedziała Kasia, niemal bezszelestnie wchodząc do pokoju. – Dochodzi dziesiąta.
– Zapomnieliśmy o Bożym świecie, przepraszam – odparłem, uwalniając się z objęć Natalii. – Przecież nie jesteśmy tu sami.
Kasia blado się uśmiechnęła i wyszła.
Rzuciłem Mariuszowi ostatnie spojrzenie. Westchnąłem głośno. Dalej nie mogłem się z tym pogodzić, chociaż żyłem z myślą o jego śmierci od kilku tygodni.
– Chodźmy – Natalia pociągnęła mnie za rękę.
Zamknąłem pokój na klucz, który posiadałem tylko ja i „dyrektor”, i w milczeniu odprowadziłem Natalię do domu. Rozstaliśmy się, przytulając długo. Nie potrzebowaliśmy słów.
Powolnym krokiem zmierzałem do swego domu, wspominając te jakże cenne chwile spędzone z Mariuszem. Jego szczere słowa, płynące z głębi serca, wyryły się w mej pamięci bardzo mocno i miały mnie nie opuścić do końca życia.

Wezwałem zakład pogrzebowy, aby zabrali ciało Mariusza zaraz z rana. Nie miałem odwagi ponownie patrzeć na jego uśmiech. Rozkleiłbym się natychmiast.
Idąc na zajęcia otrzymałem telefon. Słuchałem w osłupieniu, gdyż zatkało mnie całkowicie. Dzwonił jakiś człowiek z zakładu pogrzebowego. Nie wiedziałem, czy ze mnie szydzi, czy mówi prawdę. Ta wieść wydawała się tak nieprawdopodobna, że prawie w nią uwierzyłem. Zapomniałem o szkole i pobiegłem do hospicjum.
– Jak to zniknął? – pytałem „dyrektora” placówki, zmierzając ku pokojowi Mariusza. – Przecież nieżywi sami nie znikają, nie rozkładają się na proch w osiem godzin! Ba, tu nawet prochu nie ma!
– Oprócz mnie, tylko ty miałeś klucz – przypomniał. – Więc powinieneś wiedzieć, skoro mnie nie było cały dzień.
Pokręciłem głową, to wszystko było tak irracjonalne, tak... biblijne. Stanąłem. A jeśli to prawda? Wyrzuciłem tę myśl z głowy. Takie rzeczy zdarzają się tylko w książkach. Musi być jakieś racjonalne wyjaśnienie, po prostu musi. Poszedłem dalej.
Wieść się już rozniosła i tłumy ciekawskich ściągały z każdego zakamarka hospicjum. Wpadłem do pokoju. Nic, absolutna pustka.
– To jakieś szaleństwo! – krzyknąłem, wypędzając wszystkich.
Zajrzałem naiwnie pod łóżko. Myślałem pewnie, że się sturlał i śpi pod nim, tak dla kawału.
– Jezu, co się dzieje?!
To przekraczało moje pojęcie.
Wybiegłem z budynku i przysiadłem na chwilę na ławce w parku. Uspokajałem skołatane serce. Posłałem Natalii wiadomość, że ciało Mariusza znikło. Przepadło jak kamień w wodę. I to z zamkniętego pomieszczenia, co było przecież niemożliwością. Głowa mi pękała od nadmiaru tych „niemożliwości”, które w przypadku Mariusza miały dziwną właściwość spełniania się.
Natalia urwała się ze szkoły, aby podnieść mnie na duchu. Poza tym, ona była przy tym, jak zamykałem drzwi. Tylko po co ktoś miałby wynosić jego ciało? Nie dość, że za życia miał same problemy, to jeszcze po śmierci nie może spokojnie odejść.
Natalia usiadła obok mnie, objąłem ją ramieniem. Co za dziwny świat…

Pogodziwszy się z zaistniałą sytuacją, postanowiłem wrócić do domu. Szliśmy wzdłuż Wisły, mijając spacerowiczów i podziwiając majestatycznie sunące po leniwej wodzie łabędzie. Trzymaliśmy się za ręce, nie odzywając wcale. Próbowałem jakoś pozbierać myśli, a Natalia wiedziała, co mnie gryzie, więc nie naciskała na rozmowę. Stanęliśmy przy barierce. Zapatrzyłem się na płynące ptaki, potem skierowałem wzrok nieco bliżej. Na wodzie dryfowały dwa długie cienie, to się rozchodząc, to znów przecinając. Odniosłem dziwne wrażenie, iż to nasze linie życia tworzą te fantastyczne obrazy. Wtem, zupełnie znikąd, pojawił się trzeci cień. Wyraźnie górował nad dwoma pozostałymi, również kształtem od nich się różniąc. Nad jego „głową” rozpościerało się coś na kształt… skrzydeł. Odwróciłem się natychmiast. Nikogo za nami nie było. Na powrót spojrzałem na rzekę. Znów tylko dwie sylwetki bujały się na falach, rozchodząc i przecinając naprzemiennie. Popatrzyłem zdumiony na Natalię. Uśmiechnęła się. Zaiste, wielkie niespodzianki sprowadza nam życie…


Głosuj (0)
aenim 21/05/2006 00:12:40 [Powrót] 'Say' sth