Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
"Wedding of change"

...pędzą taksówki w poprzek czasu...


"Wedding of change"






Wedding of change





Z początku łudziłem się, że o mnie zapomną, darują te cierpienia (Werter to przy mnie pryszcz) i przerzucą ciężar odpowiedzialności na kogoś innego. Niestety, bardzo się pomyliłem. Już w kościele nie spodobał mi się sposób, w jaki na mnie patrzą. Paliłem wzrokiem każdego, kto ośmielił się skrzyżować ze mną spojrzenie. Nadaremnie. Może gdybym miał bardziej zadowoloną minę, zignorowaliby mnie. Tak, a gdyby nie rodzice, w ogóle by mnie na tym ślubie nie było. I problemu też by nie było. Tyle że starzy uparli się jak dwa stare, tępe osły i zmusili mnie do pójścia na tę farsę. Bo każdy wiedział, że ani Monika nie kochała Błażeja, ani Błażej Moniki. I tu znowuż, czy to dziełem przypadku, czy też przeznaczenia, chłopak za dużo wypił, dziewczyna również, wpadli sobie w ramiona, i znacznie niżej też, a po kilku tygodniach wyszło szydło z worka, a konkretnie pozytywny wynik testu ciążowego. Ja się z tego śmiałem, bo nic mnie mój głupi kuzyn nie obchodził. Jego szmata również. Lecz moi starzy byli przejęci jak cholera, mało nie zaoferowali im dachu nad głową. Krew mnie zalewa na samo wspomnienie. A ja od zawsze twierdziłem, że dyskoteki to miejsce, gdzie łażą jedynie szmaciarze i dziwki. I nic nie jest w stanie zmienić mego zdania. Udowadniać tego nie muszę, robi to za mnie życie.
Zagrały dzwony. Słynny jak „Sto lat” Marsz Mendelsona wypłynął z charczących głośników, zalewając wszystkich potworną tandetą, za jaką go uważałem. Że też nie puszczą nigdy jakiegoś metalowego kawałka…
Może jakoś bym to wszystko strawił. Najadł się do syta, spił w trupa i na następny dzień zapomniał o wszystkim. Ale mój głupi kuzyn potrafił zepsuć jeszcze bardziej rzecz już przez niego zepsutą. Nie dość, że zniszczył moje plany na weekend, to na domiar tego wymyślił sobie, abym został jego drużbą. Mało mnie szlag nie trafił, kiedy to usłyszałem.
– Ja, drużbą? – pytam się, ledwo trzymając nerwy na wodzy. – Czyś ty zdurniał do reszty?
– A co w tym złego?
Nic mu nie odpowiedziałem. Wolałem stłumić gniew w sobie, niż uszkodzić śliczną twarz Błażejka. Przecież on zawsze był taki kochany, słodziutki, ładniutki i w ogóle we wszystkim lepszy ode mnie. Nie żywiłem do niego urazy. W końcu półgłówek nie był temu winien, ponoć miało to coś wspólnego genami. Wiedziałem jednak, że jest głupi jak but, i często to wykorzystywałem. Nie ukrywam, sprawiało mi to perwersyjną przyjemność. Zemsta zawsze jest słodka, kiedy nie podążają za nią wyrzuty sumienia. Ja wtedy nie posiadałem tego „organu”, więc nie czułem się niczemu winny.
No i zostałem drużbą swego znienawidzonego kuzyna. Choć nie bez „pomocy” moich starych. W dzień jego ślubu byłem drugą najważniejszą po nim osobą. Przekupy osaczyły mnie niczym plemię Indian „białasa” w dzikim zainteresowaniu, niby radząc, co na siebie włożyć, a tak po prawdzie to szukając tylko okazji do poplotkowania.
– Wynocha! – krzyknąłem na całe gardło, kiedy zaczęły mnie obmacywać, ni to poprawiając garnitur, ni to poprawiając mnie. Zupełnie nie miałem pojęcia, po jaką cholerę stara je sprosiła. Potrafiły tylko wyprowadzać spokojnych ludzi z równowagi, a ja nie miałem zamiaru się nigdzie wyprowadzać. Więc wyprowadziłem je. Jednym prostym słowem.
No i stałem w tym zatęchłym, zacienionym, śmierdzącym potem i stuletnim woskiem kościele, niczym skazaniec oczekujący kata. Gruby jak beka ksiądz mało ducha nie wyzionął, odczytując długie niczym chiński alfabet intencje, a ja mało nie wykitowałem z nudów. Ślub kościelny to najnudniejsza rzecz na świecie. Choć nie, nudniejsze jest udawanie, że ci się on podoba. Ja zostałem w tym mistrzem. Nic bardziej mnie nie wkurzało, niż nieustanne nagabywanie bezsensownymi pytaniami w stylu: podoba ci się to czy tamto? Miałem szczerą ochotę powiedzieć: a idźcie wszyscy w cholerę, lecz powstrzymała mnie odrobina osobistej kultury i jednoznaczne, mordercze spojrzenia rodziców. Stałem zatem dalej spokojnie, jak baranek osaczony przez watahę wygłodniałych wilków, i czekałem na swój epizod w tej beznadziejnej sztuce o spodziewanym zakończeniu.
Klecha mamrotał coś pod wielkim i czerwonym niczym u bryniarza nochalem, a mnie ktoś szturchnął boleśnie od tyłu.
– Obrączki, kretynie – usłyszałem stłumiony głos wujka Mietka.
Wykrzywiłem twarz. Oto kat.
„Nadeiszła wiekopomna chwiła...”
Podszedłem do kuzyna półgłówka i jego przyszłej, zużytej już trochę żony, podałem im obrączki, siląc się na szczery uśmiech (nie udał się), i zerknąłem kątem oka na druhnę.
Momentalnie odwróciłem wzrok. Zszokowany, zerknąłem ponownie. I jeszcze raz, tym razem nie dowierzając swym zmysłom obserwacji. O, kurwa! - pomyślałem spontanicznie. Tylko bez nerwów. Bez nerwów. Opanuj się, wyrównaj oddech, nie czerwień się tyle, ludzie patrzą. Ha, łatwo powiedzieć.
Musiałem na nią spojrzeć, po prostu musiałem. I spojrzałem. A ona na mnie. Odwróciłem natychmiast wzrok, skołowany jak pranie w pralce. Spojrzałem znowu, nie mogąc się powstrzymać. I ona też. Tym razem wytrzymałem trochę dłużej. Serce stanęło mi w miejscu, nogi wtopiły się w wyszczerbioną kostkę podłogi, żołądek skurczył do rozmiarów naparstka, włosy stanęły dęba, a w gardle zaschło niczym w okresowym jeziorze w Australii. Piekielne uczucie. Zastanowiłem się chwilę i wysunąłem parę wniosków. Nie znałem jej. Prawdę mówiąc, nigdy wcześniej jej nie widziałem. Zatem pochodziła z rodziny Moniki. No to nie było się czemu dziwić. Nikogo z jej strony nie znałem i nie chciałem poznać. Z wyjątkiem tej druhny, ma się rozumieć.
Jezus, Maria, ona się do mnie uśmiechnęła! Serce me nagle ożyło, płuca na powrót zaczęły tłoczyć w tętnice tlen i świadomość wróciła do mnie z potworną siłą. Ona się do mnie uśmiechnęła... nie mogłem w to uwierzyć. Od dawna nikt się do mnie nie uśmiechnął. Nawet małpy w ZOO we Wrocławiu, gdzie byłem na wycieczce kilka lat temu. Swoją drogą, nawet w ZOO czułem się lepiej niż na tym nędznym ślubie (choć pewien niewychowany słoń opluł mnie dwa razy, a krokodyl mało nie rozbił szklanej bariery, wpadając w dziki szał, kiedy mnie dojrzał). Jak widać, wszystko do czasu.
Wróciłem do ławki z myślą, że muszę ją poznać. Jeśli tego nie zrobię, popełnię samobójstwo. I to w najboleśniejszy sposób – podpalę się. Podcinanie żył to błahostka w porównaniu z samospaleniem. Tak, poleję się etylinką, później denaturatem, spyrolem, a potem rzucę na siebie zapałkę. Choć nie, jednak łatwiej będzie do niej podejść i zagadać. Zdecydowanie.
Młoda para niewydarzeńców stąpała powoli po nierównej podłodze kościoła, zmierzając niechybnie ku wyjściu (zastanowiło mnie wtedy, ile ze sobą wytrzymają; gdyby nie dziecko „w drodze”, pewnie do następnej dyskoteki). W pierwszej kolejności mieli iść za nimi drużbowie, więc nie wahając się ni sekundy wygramoliłem się z ławki i zająłem należne mi miejsce w szeregu weselników, chociaż w moim przypadku - pokutników. Lichwiarski uśmieszek wypełzł na mą szpetną twarz, gdy zauważyłem znajomą sylwetkę po lewej, mianowicie druhną. Niech no tylko trochę wypije - pomyślałem chytrze. Niech no tylko wypije...
Przed kościołem ustawił się standardowy szpaler składaczy życzeń, dających jak zwykle drogie i kiczowate prezenty. Przywiodło mi to na myśl nieskończenie długie kolejki za mięsem i kawą w poprzednim ustroju politycznym, z tą różnicą, że wtedy coś się z tego miało, chociaż też nie zawsze (jeśli dopisało szczęście albo zjawiło się odpowiednio wcześnie, by załapać się na społeczną listę kolejkową). W tymże szpalerze znajdowali się też moi rodzice. Kiedy dostrzegłem, co takiego podarowali nowożeńcom, mało nie padłem na zawał serca, gdyż dech mi w piersiach zaparło i mózg odmówił posłuszeństwa. Owym ślubnym podarkiem okazał się samochód (nowy!), którego mi zawsze odmawiali, nawet w używanej postaci.
Nie miałem zamiaru życzyć memu kuzynowi półgłówkowi niczego dobrego, ale przez wzgląd na starych i możliwą owocną znajomość przemogłem się i uraczyłem nowożeńców przepiękną wiązanką fałszywych pochlebstw. Ułożyłem ją na pogrzeb Błażeja, ale, jak widać, nie wypaliło.
Wpatrywałem się w ten żywy posąg bogini piękności niczym zahipnotyzowany. Mało, jak zaklęty. A może ona jest wiedźmą rzucającą uroki na lewo i prawo? - nasunęło mi się takie pytanie, kiedy zauważyłem, że i inni wolni strzelcy zjadają ją wzrokiem. Znienawidziłem ich za to, gdyż nienawidziłem każdej konkurencji, a szczególnie takiej, która była ode mnie lepsza.
Pocztą pantoflową dowiedziałem się, że na imię jej Magdalena. Zaiste, piękne to imię, a od tamtej chwili moje ulubione. Żeby nikt mi nie zarzucił, iż jestem gołosłowny, opiszę co nieco jej wygląd, choć me proste słowa nie są w stanie oddać jej urody nawet w połowie. Na oko miała metr sześćdziesiąt, długie po pas, proste blond włosy nosiła upięte w staranny kok, bladą twarz zdobiły szmaragdowe oczy, lśniące nawet przy braku światła, a jej figura... no cóż, jej figura zapewne samą Wenus z Milo wpędziłaby w kompleksy, jeśli nie doprowadziła do samobójstwa (lepszego opisu bym nie wymyślił). Odziana była w ciasną i lekko prześwitującą, sięgającą najwyżej ud sukienkę o barwie świeżej smoły, ozdobioną gdzieniegdzie brokatem; „umocowana” była na cienkich ramiączkach, szerokim dekoltem ukazując niewątpliwe walory swej właścicielki. Kiedy obiekt mego zauroczenia odwrócił się do mnie tyłem, dostrzegłem brak tak zwanego stanika, co skutecznie wywołało u mnie zimny pot połączony z dużo zimniejszym, aczkolwiek przyjemnym dreszczem. Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym drobiazgu. Otóż, makijaż druhny stanowił sam w sobie dzieło sztuki zwanej make-up’em. A temu, że zasadniczo trudno go było dostrzec. Niby był, choć nie na pewno. Zagadki nie rozwiązałem, a dlatego, iż zaraz o sprawie zapomniałem. Zbliżała się pora obiadowa, zatem nadszedł czas opuszczenia placu przed kościołem i przejazdu do wynajętego lokalu. Starałem się nie wyglądać na zbyt wesołego, aby przypadkiem rodzice nie pomyśleli, że mi się cokolwiek na tym weselu podoba, i spokojnie usiadłem z tyłu naszego samochodu, strojąc miny wielce obrażonego księcia. Przychodziło mi to dosyć łatwo, a to za sprawą wielu analogicznych sytuacji w przeszłości, innymi słowy – miałem doświadczenie. Właściwie to ja się buntowałem przeciwko każdej decyzji moich starych, czy to dobrej, czy złej, przez co zawsze wyglądałem na obrażonego.
Po dwudziestu minutach dotarliśmy do jakiejś rudery, zwanej na wyrost lokalem. Kątem oka ujrzałem, jak z samochodu za nami wysiada piękna druhna, szybko jednak wzrok odwróciłem, nie chcąc przedwcześnie wzbudzać podejrzeń o niecne zamiary. Przyjdzie jeszcze czas - pomyślałem, maskując uśmiech - i zostanę sowicie wynagrodzony.
W środku było ciemno, duszno i śmierdziało przypalanym jedzeniem. Wyobraziłem sobie zaraz czarne, pokurczone kotlety rzucone niedbale na rozgotowane ziemniaki i udekorowane śmierdzącym groszkiem prosto z puszki i taką samą marchewką. Porzuciłem jednak te pesymistyczne rozważania i udałem się na poszukiwania. A czego, to wiadomo. Alkoholu. No i znalazłem go, lecz w niezadowalających ilościach, bo tylko kilka „zero-siedem” na stoliku niewydarzeńców. Zmarszczyłem gniewnie brwi, ale nie okazałem publicznie niezadowolenia, bo i tak nie było komu. Miast dochodzić swych niepodważalnych praw przed organizatorem tego lipnego przedsięwzięcia, powziąłem iście desperacką decyzję i podjąłem kroki drastyczne. Niejeden przeklnie mnie za to zdradzieckie działanie, lecz nie miałem zamiaru siedzieć cały wieczór o suchym pysku (nie wiedziałem wtedy, że rozniosą trunki później). Pomijając fakt, że zapewne bym tego nie przeżył. Podwędziłem zatem dwie flaszki, z czego jedną ukryłem w przepastnej kieszeni marynarki, a drugą starannie schowałem w wielkiej donicy, pod opadającymi liśćmi bliżej mi nieznanego krzaka, którego jednak natychmiast polubiłem, właśnie za jego „maskujące” właściwości. Poczułem się niemal jak komandos, działający w dywersji na tyłach wroga, lecz nie dane mi było cieszyć się tym uczuciem zbyt długo, gdyż na salę poczęli wchodzić goście. Wśród nich znajdowała się Magda, roztaczając wokół siebie aurę nieskalanego piękna i niepodważalnej niewinności (nie wiem, skąd nasunęło mi się tak dziwaczne skojarzenie).

Pech chciał, a może zrządzenie niesprawiedliwego losu, i obiekt mego pożądania posadowiony został bardzo od mej osoby daleko, dokładnie po drugiej stronie sali. Serce me cierpiało wielkie katusze, widząc tylko jej nagie plecy, ale w duszy wmawiałem sobie naiwnie, że to i dobrze, bo przynajmniej będę mógł spokojnie zjeść, a kiedy nadejdą tańce i inne weselne zabawy, wkroczę do akcji jako pierwszy, mordując spojrzeniem potencjalnych konkurentów i zdobywając tym samym wymarzone trofeum. Nazbyt rozwinięta wyobraźnia podsuwała mi wiele scenariuszy na najbliższe kilka godzin, w jednym z nich wyszliśmy z Magdą na zewnątrz, zamknęliśmy się w samochodzie i potrząsaliśmy nim solidnie dobre kilkanaście minut. W tę wersję wydarzeń najmniej uwierzyłem i zapewne dlatego okazała się najbliższa rzeczywistości. A jednocześnie skrajnie daleka. Swoją drogą dziwna to była przypadłość, że kiedy coś zdawało mi się całkowicie nierealne, zazwyczaj okazywało się to prawdą lub prawdzie bardzo bliskie. Ale po kolei, nie uprzedzajmy faktów.
Po mej lewej siedział wujek Wiesiek, stary pijaczyna, wiecznie niedomyty górnik dołowy, co było po nim widać, słychać i czuć.
- A to babuć! – powtarzał zawsze i walił przy tym pięścią w stół, mając na myśli każdego, kto nie spełniał swych obowiązków należycie, oczywiście w jego mniemaniu. Dla niewtajemniczonych - babuć to wiejskie określenie prosiaka.
Przykładowo, gdy niewinny kelner przyniósł wódkę (ja miałem swoją w kieszeni, ale zostawiłem sobie na czarną godzinę), wujek Wiesiek zareagował po swojemu.
- Ty babuciu! – Twarz mu silnie poczerwieniała, a piwne oczy nabiegły krwią. - To ma być wódka?! Ciepłe szczochy, nie wóda! - Pochyliłem głowę, by ukryć zażenowanie. - Bierz te pomyje z powrotem i przynieść coś ludzkiego!
Kelner, zmieszany jak koktajl w mikserze, nie wiedział, czy się odezwać, czy milczeć. W końcu wziął flaszkę z powrotem i pobiegł do kuchni.
- Wszystko im trzeba dziesięć razy powtarzać, śmierdzące babucie – warknął wujek Wiesiek, a ja pokiwałem głową w udawanym zrozumieniu, choć w istocie miałem ochotę go zabić. Gdybym studiował w Shao-lin, zapewne załatwiłbym go samą siłą woli, tak że nikt by się nigdy nie dowiedział. Skoro jednak magiczne sztuki kung-fu były mi równie obce, co sposób myślenia kobiet, łudziłem się, że ktoś go dopadnie na ulicy i troszkę, a może i bardzo mocno, oklepie tę jego niewyparzoną gębę.
Z prawej zaś zasiadał inny pijaczyna, ale nie górnik dołowy, tylko ponoć inżynier - wujek Mietek – ten, co to mnie już zdążył obrazić w kościele. Mój stosunek do niego można zmieścić w jednym słowie – ignorancja. Siedział, bo siedział, ale równie dobrze mógł w ogóle nie istnieć. Odzywał się czasem, a nawet rzadziej, lecz słowa z ust jego płynące nie były niczym więcej, jak tylko porykiwaniem starego ramola, na którego nikt nie zwraca uwagi. Zapamiętałem jedną kwestię, którą wypowiedział, a temu, że wydała mi się cokolwiek znajoma.
- To wesele to jak polski film jest. Nic się nie dzieje, normalnie, nuda w ogóle i nic się nie dzieje. Polski film, jak w mordę strzelił. Nuda i nic się nie dzieje...
Za to naprzeciw mnie siedziała ciotka Wanda. Ciotka Wanda to była dopiero postać. Nikt nie miał z nią szans, jeśli chodzi o picie. Nawet wujek Wiesiek, zawodowy pijak, wymiękał po kilkunastu kolejkach. A ona nic. Twarda jak skała. Ciotka Wanda to niezaprzeczalnie fenomen. I to na skalę światową. Stanowiła prawdziwe dziedzictwo kultury narodowej, o który wypadało należycie dbać. Więc piła na umór, kiedy tylko mogła, a wesele to pretekst po temu był doskonały. Wraz z towarzystwem - mną, wujkiem Wieśkiem, dziadkiem Staszkiem, wujkiem Mietkiem i paroma nieznanymi mi osobami - wchłaniała potężne ilości alkoholu. Nim padłem trupem na ziemię, przypomniałem sobie o rzeczy najważniejszej – Misji. Zerknąłem zatem w stronę, gdzie siedziała Ona. Ujrzałem ponownie jej nagie plecy, co uspokoiło mnie trochę, lecz zdałem sobie też sprawę, że przecież nikt nie będzie czekał wiecznie na swe przeznaczenie. Bo w moim przekonaniu Magda była mi przeznaczona, a ja jej. Spiąłem się w sobie, kategorycznie odmówiłem następnej kolejki, co zostało odebrane jako afront wobec współbiesiadników, i chwiejnym z lekka krokiem udałem się na dansflor, aby spalić zbędne kalorie.
Niezdarnymi ruchami, imitującymi taniec nowoczesny, spowodowałem tylko falę śmiechu na parkiecie. Nie mogłem nic na te moje niezgrabne wymachy poradzić, gdyż alkohol dość poważnie uderzył mi do głowy i sam nie bardzo wiedziałem, co wyczyniam. Czułem się jak John Travolta w „Gorączce sobotniej nocy”, z tym że ów aktor tańczył doskonale, a ja tylko udawałem, że to potrafię. Tak czy siak okrzyknięto mnie królem dansfloru, ale i poradzono od razu, bym lepiej usiadł na chwilę i dał mięśniom odpocząć, aby inni też mogli swych niepodważalnych umiejętności tanecznych dowiedz. Posłuchałem rady większości, jako żem w demokracji wychowany, i usiadłem nieopodal, raptem dwa krzesła od obiektu mych westchnień. Spojrzałem na nią, mrużąc lekko oczy, jak to czynią ludzie o znacznie większym ode mnie współczynniku inteligencji. Odwzajemniła spojrzenie, posyłając mi szczery uśmiech, co odebrałem jako uznanie dla mych dokonań na parkiecie. Nawet jeśli się myliłem, nie miało to żadnego znaczenia. Po chwili niedługiej zwolniło się jedno krzesło, dzielące mnie od Magdaleny, i – nie cierpiąc zwłoki – zająłem je. Już tylko jedno krzesło, okupowane przez starą babę, stało mi na drodze do przepięknej druhny. Lecz i w tym miejscu szczęście się do mnie uśmiechnęło i stara baba poszła sobie. Wtedy stała się rzecz dramatyczna. Mianowicie ogarnął mnie strach niemożebny, a wątpliwości zawładnęły umysłem, niemal paraliżując całkowicie. Wahałem się dobre kilka sekund, ale w końcu usiadłem tuż obok niej. Przez skórę niemal poczułem ciepło emanujące z jej ciała, a bicie jej serca stało się dla mnie słyszalne. A może to moje serce tak waliło? Nieważne.
- Cześć – odezwałem się nieśmiałym głosem, godnym przedszkolaka.
Odwróciła głowę, ukazując swą śliczną twarz.
- Cześć – odrzekła z powalającym uśmiechem.
W tym momencie mój niewiarygodny zasób słów jakby się ulotnił, a w jego miejscu zagościło tak zwane „eee”. Przeraziłem się nie na żarty, lecz szczęście ponownie się do mnie uśmiechnęło.
- Wyjdziemy na zewnątrz? – zapytała Magda. – Tu jest strasznie duszno.
- Z ust mi to wyjęłaś – odparłem, kłamiąc i szczerząc się w uśmiechu.
Nie wziąłem jej za rękę, a kusiło mnie wielce. Wolałem poczekać, niż popuścić wodzę fantazji i zepsuć od razu dobrze rokującą znajomość.
Na dworze było wyraźnie chłodniej. Zaciągnąłem się świeżym powietrzem i mało nie padłem trupem, gdy tlen uderzył mi do głowy. Magda chyba poczuła się podobnie, gdyż dostrzegłem, jak chwyta się barierki, by ustać na nogach. To było jak z nałogami – pijąc dużo piwa, nie dałem rady tknąć niczego innego, od razu robiło mi się niedobrze. Nie minęły dwie minuty, a wszystko było w porządku. Usiedliśmy na ławce przed lokalem, wpatrując w przejeżdżające dosyć ruchliwą ulicą samochody. Bałem się odezwać i powiedzieć coś niestosownego. Los jednak był tego dla mnie wyjątkowo łaskawy tego wieczora. Nawet zacząłem myśleć jakby bardziej trzeźwo, ale czego to była zasługa, to nie miałem pojęcia.
- Jak masz na imię? – zapytała, wpatrując się we mnie błyszczącymi oczyma.
- Krzysiek.
- A ja Magda.
Podała mi rękę, którą delikatnie uścisnąłem. Część oficjalna za nami – pomyślałem. Czas przejść do rzeczy.
- Skąd jesteś? – spytałem, przełamując się wreszcie.
- Niedawno przyjechałam z USA.
- Skąd? – Zdębiałem.
- Ze Stanów Zjednoczonych.
- To daleko – stwierdziłem jak półgłówek, wyraźnie zniżając się do poziomu kuzyna.
- Cholernie daleko – potwierdziła Magda.
- Mogę wiedzieć, po co tu przyjechałaś?
- Na ślub swej siostry, jeśli nie zauważyłeś.
O, kurde. Tego się nie spodziewałem. To Monika miała siostrę? Zdawało mi się to niemożliwe, lecz widać moja przypadłość ciągle daje o sobie znać.
- Jesteście strasznie do siebie niepodobne – powiedziałem w nieukrywanym szoku.
- Nie trzeba być do siebie podobnym, aby być rodziną – odparła ze szczerym uśmiechem.
- Fakt, ja na ten przykład nie mam nic wspólnego ze swoimi starymi, a mimo to wiem, że to oni są moimi rodzicami. Dziwne, ale prawdziwe.
- No właśnie – roześmiała się.
- Co porabiasz w Stanach?
- Uczę się.
- Na uniwersytecie?
- Tak jakby – odpowiedziała wymijająco, a ja odniosłem dziwne wrażenie, by dalej nie drążyć tematu.
- Podoba ci się w Polsce?
- Mhm – kiwnęła głową.
- To strasznie dziwna z ciebie dziewczyna. Mało komu się tutaj podoba, a ja to szczególnie tego kraju nie lubię.
- Dlaczego? Przecież macie tyle zabytków, piękne góry, jeziora. Nie rozumiem.
- Pomieszkaj tu przez rok, za zarobione uczciwie pieniądze, a potem pogadamy.
- Chyba przesadzasz.
- Może i tak, ale w USA na pewno jest lepiej.
- Wydaje ci się.
Na tym zakończyliśmy swój dialog, gdyż z knajpy wylazł wujek Wiesiek. Zwymiotował za żywopłot i zawołał:
- Toast, babucie! Chodźta!
No i poszliśmy za nim, ale w bezpiecznej odległości.

Udałem, że śpiewam „Sto lat” nadzwyczaj przekonująco, bo nawet stara się uśmiechnęła widząc moje starania. Stojąca obok Magda wielce podtrzymywała mnie na duchu, udając śpiew równie przekonująco. Bawiło ją to widać, gdyż co chwila posyłała mi pełne zadowolenia spojrzenia. Dziwiłem się temu trochę, ale udawałem, że wprost przeciwnie. Miałem na nią wielką chrapkę i nie chciałem swej szansy zmarnować.
Wychyliłem lampkę ohydnego szampana, wspaniale maskując obrzydzenie, i wróciłem, mniej chwiejnie, do stolika. Czekało tam już na mnie towarzystwo i pełny kieliszek na stole.
- Gdzieś był, babuciu?! – zagrzmiał wujek Wiesiek. - Pij, pókim dobry.
No to wypiłem, w końcu co miałem do stracenia?
Skierowałem spojrzenie daleko do przodu, lecz znów widziałem tylko jej plecy. Po chwili zwolniło się krzesło tuż obok niej. Tym razem nie wahałem się ani sekundy.
- Gdzie leziesz, babuciu?! Nie depcz mnie! Hołota to, nie ludzie!
Zignorowałem wujka Wieśka kompletnie. Jeślibym tylko zaczął z nim dyskutować, od razu mógłbym zapomnieć o spotkaniu z Magdą. Potrafił zagadać człowieka na śmierć, w ogóle nie zdając sobie z tego sprawy. Taki już był i nie miałem zamiaru go zmieniać.
- Mogę? – spytałem uprzejmie druhną, wskazując na wolne miejsce.
- Pewnie – odparła z uśmiechem.
Usiadłem i pogadaliśmy chwilę o pierdołach. Nagle dotarło do mnie, co powiedział wodzirej.
- A teraz, ze specjalną dedykację od Krzyśka dla państwa młodych, utwór Anathemy, „One Last Goodbye”.
- Ja tego nie zamawiałem – rzekłem do siebie, zszokowany, kręcąc głową. Wyczuwałem w powietrzu jakiś podstęp, lecz mój umysł wydawał się za tępy na takie zagadki. Może Holmes by coś poradził?
- Zatańczymy? – Magda spojrzała mi głęboko w oczy, a kolejne dreszcze, jeden po drugim, zbiegły po mych plecach niczym mrówki giganty.
- Oczywiście.
Delikatnie wziąłem ją za rękę i poprowadziłem na dansflor. To była smutna piosenka. Bardzo smutna. Niejednego doprowadziła do łez, w tym i mnie, nie ukrywam. Trwała ponad pięć minut, więc miałem dużo czasu, by nacieszyć się obecnością Magdy w swych ramionach. Tuliłem ją delikatnie i czułem, jak drży. Oj, ja też zadrżałem, kiedy szepnęła mi coś na ucho. Coś, czego zapewne nie zapomnę do końca życia. Tak mi się wtedy zdawało.
Piosenka dobiegła końca. Rozstaliśmy się niechętnie. Trzymałem ją za rękę i nie miałem zamiaru puszczać. Magda nie protestowała. Kątem oka dojrzałem Błażeja. Uśmiechał się do mnie dziwnie szeroko, czyżby szczerze? Nabrałem podejrzeń, że coś dla mnie szykuje, ale z Magdą przy sobie nie obawiałem się niczego.
Wyszliśmy ponownie na dwór. Tlen znów uderzył mi do głowy, lecz byłem na to przygotowany, a poza tym podpieraliśmy się z Magdą wzajemnie. Usiedliśmy na tej samej ławce. Miałem wielką ochotę ją pocałować. Więcej, zamierzałem się już do tego. Lecz tchórz we mnie mieszkający okazał się silniejszy (dzięki Bogu!). Głowiłem się wielce, co powiedzieć. I znów wyręczył mnie zbieg okoliczności.
- Jedziecie nad Jezioro, babucie? – zawołał wujek Wiesiek, wstawiony już porządnie.
- Po co? – spytałem głupio.
- Wykąpać się, babuciu – odrzekł z pogardą.
Nienawidziłem go szczerze i nieraz chciałem zabić, lecz szkoda mi było spędzić resztę życia w więzieniu.
Spojrzałem na Magdę. Liczyłem, że się nie zgodzi.
- Jasne – powiedziała wesoło.
- Co? – Rozpacz biła z mego głosu, choć starałem się ją ukryć.
- Będzie fajnie, zobaczysz.
Tak – pomyślałem – a świstak siedzi...

Trudno nazwać jeziorem coś, co bardziej przypomina „przerośnięty” staw. Ale potoczne nazwy mają to do siebie, że niezmiernie rzadko oddają prawdziwe oblicze rzeczy bądź miejsca, które niby nazywają. Brzeg Jeziora był poszarpany niczym norweskie fiordy i gęsto usiany kamieniami, rozbitymi butelkami, wysuszonymi i skurczonymi kondomami, resztkami jedzenia, czasem fekaliami, ale głównie to ludźmi. Oblegali go jak muchy świeżą krowią kupę, rozpalając w nocy grille i ogniska, co nie tylko było zakazane, ale też wysoce niemoralne z mego punktu widzenia. Bo cóż to za przyjemność baraszkować z dziewczyną i być jednocześnie obserwowanym przez niewyżytych dziadków, którzy akurat w pobliżu rozpalili ogień, by upiec kiełbasę? Mierna moim zdaniem. Dlatego wpierw należało poszukać odpowiedniego miejsca, a potem przejść do rzeczy.
Nad owo Jezioro wybraliśmy się razem z pijanym wujkiem Wieśkiem, dwoma znienawidzonymi przeze mnie kuzynami (to byli właśnie ci inny wolni strzelcy), ciotką Wandą o stuprocentowej trzeźwości, jakąś czarnowłosą, nieśmiałą Kamilą, o której istnieniu nie miałem dotąd pojęcia, i z kilkoma innymi, zupełnie dla mnie obcymi ludźmi. Właściwie nic mnie oni nie obchodzili, gdyż to w końcu dla Magdy zgodziłem się tam jechać, lecz najwidoczniej oni mieli odmienne zdanie, bo ciągle nagabywali mnie bzdurnymi pytaniami w stylu: jak masz na imię? ile masz lat? gdzie mieszkasz?, jakbym miał ochotę na nie odpowiadać. Już myślałem, że pójdę w ślady wuja Wieśka i zwymiotuję gdzieś w trawę, tak mnie mdliło od tych napastliwych i nawalonych pomyleńców. Odrobina odrobiny kultury, która jeszcze we mnie pozostała, nie pozwoliła mi jednak na ten drastyczny czyn. Nie wspomnę o wzroku Magdy, bacznie badającym me zachowanie. Udawałem więc wyśmienicie, jak zawsze zresztą, że niezmiernie jestem rad z tego żywego zainteresowania, choć w istocie krew gotowała mi się żyłach, a mały diabełek nad lewym uchem szeptał: powiedz mu, żeby poszedł trzepać gruchę w zaroślach, a nie zawracał ci głowę pierdołami, a jej, żeby poszła z nim i mu pomogła... Nie wytrzymałem.
- Idę stąd – powiedziałem Magdzie ostro, twardo i zimno. Wszystko w jednym, co nawet mnie zaskoczyło. - Dłużej tego nie zniosę.
- I tak się dziwię, że tyle wytrzymałeś – odparła spokojnie, z powagą.
- A ja myślałem...
- Źle myślałeś.
- To dlaczego...
- Bardzo się ucieszyłam, widząc, jak się starasz, i nie chciałam przerywać.
- Nie ściemniaj, zrobiłaś to specjalnie.
- Ech, ciebie nie oszukam – uśmiechnęła się promiennie - co dostrzegłem nawet w słabym świetle oddalonych ognisk - a ja poczułem się jak ostatni dureń, choć nie wiedziałem, dlaczego. Niezbadane są myśli dziewczyn, o czym sam się przekonałem.
Poszedłem w stronę samochodu. O dziwo, rodzice pożyczyli mi hondę bez dyskusji, co z leksza mnie zirytowało, bo bardzo lubiłem im wypominać, że traktują mnie jak niedorozwinięte dziecko i tak dalej. Byłem zatem niezależny. Mogłem w każdej chwili odjechać, zostawić za sobą niemiłe wspomnienia i pobyć sam. Mogłem, lecz nie chciałem.
Magda miała szczerą chęć popływać. Nie dałem rady odwieźć jej od tego pomysłu, a nie mogłem przecież zostawić jej samej na pastwę mej niewyżytej konkurencji. Zmusiłem się więc i, rozebrawszy do majtek, wskoczyłem do wody.
Jezu, ależ była zimna! Mimowolnie objąłem się ramionami, zapominając, że należy nimi machać, aby nie utonąć, i zniknąłem w głębinach Jeziora. Zachłysnąłem się odrobiną wody (koło pół litra tego było), kaszlnąłem kilka razy i z trudem wypłynąłem na powierzchnię. Zapomniałem, że Jezioro jest przy brzegu dosyć głębokie i dopiero na środku się spłyca. Dziwna to była cecha jak na jezioro, lecz nie mnie nad tym filozofować. Oddaliłem się zatem jeszcze bardziej od brzegu i postawiłem nogę w grząskim mule, czując, jak wielkie ryby śmigają mi między nogami. Bo zapomniałem dodać, że Jezioro to również czynny staw hodowlany, z którego co roku ginie w niewyjaśnionych okolicznościach parę ton ryb. Nie miałem z tym nic wspólnego, ale wiedziałem, kto ma. Siedziałem jednak cicho, bo ludzie ci do przyjemnych nie należeli, a ja też nie chciałem skończyć jako pokarm dla mieszkańców głębin, czy też płycizn, Jeziora. Stojąc tak na środku wody, zastanawiałem się, gdzie podziała się Magda. Już miałem ją wołać, a głos po wodzie niesie się bardzo daleko, ale nie chciałem wyjść na jeszcze większego idiotę, niż w istocie byłem. Po chwili niedługiej oko me zarejestrowało dziwny obraz takiej oto treści: od brzegu zmierzała ku mnie ciemna postać, ni to pies, ni wydra, wzbudzając niewielkie fale po każdym uderzeniu kończyną w wodę. Nawiedziła mnie wtedy myśl niezwykle intrygująca. Przypomniałem sobie, że Magda pod sukienką nie miała stanika, a w weselnej kreacji raczej nie weszłaby do wody, więc... Nie powiem, zesztywniałem odrobinę. No, może trochę bardziej niż odrobinę. Jakież było zatem moje zdziwienie, kiedy okazało się, iż ta ciemna postać miała stanik. Całkiem spory zresztą. Co więcej, jej włosy nie były wcale długie i nie były koloru blond. Wręcz przeciwnie, niemal ich nie dostrzegałem w ciemnościach, co oznaczało, że mają podobną nocy barwę. Również jej cera wydawała się jakaś ciemna, żeby nie powiedzieć: mroczna. Zatrzymała się jakieś pół metra ode mnie. To była Kamila. Coś dziwnego się działo, coś, o czym nie miałem pojęcia. Przeczuwałem to wcześniej, lecz nadal nic nie mogłem pojąć. Zmarszczyłem brwi w zastanowieniu. Tylko nad czym się tu zastanawiać?
- Magda kazała ci coś przekazać – odezwała się po chwili dziewczyna.
- Tak?
- Nie mogła ci tego zrobić, choć miała wielką ochotę.
- Mnie, czego?
- To długa historia...
- Nieistotne.
- Chodźmy stąd.
- Gdzie?
- Na przeciwległy brzeg, tam nie ma ludzi. Wiesz, jak woda nosi słowa.
- Jak chcesz – wzruszyłem obojętnie ramionami, choć daleko mi było do obojętności.
Trapiony milionami wątpliwości, podążałem za Kamilą niczym „skazany na Shawshank” za strażnikiem. Co miała mi zrobić? Dlaczego?
Dopłynęliśmy. Usiadłem na skraju Jeziora, zanurzając weń stopy. Wpatrywałem się w jego taflę, próbując zliczyć możliwe wersję wydarzeń. Za dużo ich było.
- O co więc chodzi? – zapytałem nieśmiało.
- Widzisz – Kamila spojrzała na mnie - nie wiem, jak zacząć.
- Najlepiej od początku.
- Gdyby to było takie proste...
- Spróbuj.
- Dobrze. Musisz wiedzieć, że Błażej nie wybrał cię na drużbę przypadkiem. To miała być zemsta za lata poniżania, obrażania – czułem, że się czerwienię, z każdym słowem coraz bardziej - wykorzystywania i wyśmiewania.
Przerwała na moment. Wbiłem wzrok w wodę, nie mogąc spojrzeć jej w oczy. Cholera, po raz pierwszy w życiu wstydziłem się czegoś. Pewnie dlatego, że słowa te wypłynęły z ust dziewczyny. Na dodatek kompletnie mi nieznanej. Nie odezwałem się wcale, tylko bym pogorszył sytuację.
- No i wymyślił – podjęła dalej - jak cię podejść. Monika opowiadała mu kiedyś o swojej siostrze w Stanach, która bardzo chętnie zgodziła się im pomóc. - Coś mi zaczęło świtać. Kilka lat wcześniej babka Gienia wspominała o rodzinie Moniki mieszkającej w USA. Lecz nie było mowy o siostrze. Wręcz odwrotnie, o bracie!
- Zaczekaj – powiedziałem nagle, zszokowany własnym odkryciem. Nie – wmawiałem sobie – to niemożliwe! Absolutnie niemożliwe...
Spojrzałem rozpaczliwie na Kamilę. Nawet jeśli to dostrzegła, nie dała nic po sobie znać. Przeszył mnie lodowaty dreszcz, tym razem nie miał w sobie nic przyjemnego.
- Powiedz to wreszcie – zwróciłem się do niej.
- Magda była kiedyś bratem Moniki.
- Nie...
- Tak. Marek zmienił płeć rok temu.
- Jezus, Maria! A ja prawie... nie...
Zatkało mnie na amen. Chciałem płakać i wyć jednocześnie. Nic takiego nie zrobiłem. Po prostu zamarłem, stałem się mezozoiczną skamieliną.
Spodziewałem się wybuchu śmiechu. Szyderczego, tryumfalnego śmiechu. Jednak stało się inaczej. Kamila również wpatrywała się w falującą wodę. Nie ma co, dziewczyna na poziomie. Było mi tak cholernie głupio, że nie mogłem sam się znieść. Gdyby stało się to, na co się zanosiło, musiałbym naprawdę popełnić samobójstwo. I to nie temu, że czegoś nie zrobiłem. Raczej że za dużo chciałem. Koniec z tym. I pomyśleć, że prawie się w niej zakochałem...
- To nawet i dobrze – powiedziałem, trochę już spokojniejszy.
- Dlaczego tak uważasz? – Kamila spojrzała na mnie pytająco.
- Inaczej nie poznałbym ciebie.
Uśmiechnęła się. Po raz pierwszy, odkąd ją zobaczyłem, uśmiechnęła się. Chyba nawet szczerze.
- Wracamy? – zapytałem, otrzepując się z piasku.
- Jak chcesz.
- Nie chcę, ale wolę nie przeginać. Dość jak na jeden wieczór.
Jakoś dziwnie na mnie spojrzała, po czym również wstała.
Szliśmy obok siebie i nie mogłem się powstrzymać, żeby nie zapytać:
- Dlaczego mi „tego” nie zrobiła?
- Czułam, że o to zapytasz.
- Powiesz?
- Stwierdziła, że tli się jeszcze w tobie odrobina człowieka, i szkoda by było ją zgasić.
- No cóż, przynajmniej jest szczera.
- Nie da się ukryć.
- Cóż takiego okropnego miała zamiar mi zrobić? – spytałem podchwytliwie, gdyż doskonale znałem odpowiedź.
- To, co robi właśnie z twoim kuzynem, Jackiem się zdaje.
Uśmiechnąłem się krzywo. Niby nienawidziłem wszelakiej konkurencji, ale szkoda mi go było. W końcu chłop to chłop, nie?
- Nie!!! – dobiegł nas krzyk gdzieś z zarośli po drugiej stronie Jeziora. Woda rzeczywiście daleko niesie ludzkie słowa. Szczególnie te rozpaczliwe.
- Oho – odezwała się Kamila, szczerząc w uśmiechu - chyba się dowiedział. – Spojrzała na mnie i mrugnęła okiem. Nie mogłem się powstrzymać i roześmiałem się głośno.

Od tamtego momentu moje życie toczyło się zupełnie innymi torami. Kiedy ponownie spotkałem Magdę, ucałowałem ją w policzek i podziękowałem szczerze za oszczędzenie mi życia. Gdy minęło dwanaście miesięcy, na rocznicy ślubu Błażeja i Moniki podszedłem do nich i przeprosiłem za wszystko. Ogromny ciężar spadł mi z serca. Spróbowałem nawet polubić kuzyna półgłówka, ale szło mi to wyjątkowo opornie, szczególnie wiedząc, co dla mnie zaplanował na wesele. Za to ich synka wręcz ubóstwiałem. Dali mu na imię Krzysiek. Oniemiałem, kiedy się o tym dowiedziałem. Mianowali mnie też jego ojcem chrzestnym, szokując po raz kolejny. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że się zmieniłem. W dużej mierze dzięki Kamili, z którą jakoś się zaprzyjaźniłem. Z czasem staliśmy się parą, a dużo, dużo później małżeństwem. Naszemu pierwszemu dziecku, córce, daliśmy na imię Magdalena. Kiedy jej imienniczka przyleciała z mężem (!) ze Stanów na chrzciny, rozpłakała się w kościele ze szczęścia. Nie mogła uwierzyć, że jej nie znienawidziłem. Ale jak można nienawidzić kogoś, kto zmienił twoje życie na lepsze?
Wspomnę jeszcze, co stało się z Jackiem. Po tym nieszczęsnym „zbliżeniu” coś mu się w głowie poprzestawiało i został gejem. Ubierał się dziwnie, mówił dziwnie i równie dziwnie zachowywał. Z tą chwilą przestałem go nienawidzić. Z prostej przyczyny – nie stanowił już dla mnie żadnej konkurencji.
Wracając do chrzcin Magdy. Niezapomnianym ich elementem okazał się wujek Wiesiek, myląc odrobinkę charakter uroczystości. Mocno już wstawiony, wkroczył do kościoła, niosąc pod pachą pięknie owinięty folią rower górski.
- Gdzie ten babuć? – pyta zdziwiony. - Dostał już pierwszą komunię? - Spogląda wtedy na becik, w którym leżała Magda, drapie się po głowie, po czym rzecze dalej: - Nic to, będzie miał, jak dorośnie.
- To ona, wujku, nie on – szepnąłem.
- Co?! - Twarz mu poczerwieniała, oczy nabiegły krwią – nikt nie potrafił tego lepiej niż on.
Odwrócił się na pięcie, zaklął siarczyście pod nosem i wyszedł z kościoła, taszcząc rower ze sobą. Wzruszyłem ramionami. Co by to było za życie bez takich ludzi jak wujek Wiesiek? Chyba jak polskie filmy: nuda, normalnie, i nic się nie dzieje...
Tekst przekreslonyTekst przekreslony
aenim 21/05/2006 00:18:44 [Powrót] 'Say' sth