Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
"Łowca dusz"

...pędzą taksówki w poprzek czasu...


"Łowca dusz"


“Łowca Dusz”



Cypher Aedon



To, co ujrzały me biedne oczy, zapadło w mej pamięci na zawsze. I chociaż miało to miejsce dawno temu, czuję, jakby to wszystko działo się w tej chwili. Piszę ten pamiętnik, by ustrzec następne pokolenia przed błędami ich rodziców. Przez te wydarzenia stałem się nerwowy; doszło nawet do tego, że boję się zasnąć. Kilka razy wpadałem w depresję, na szczęście zawsze miałem w pobliżu ludzi, którym mogłem zaufać. Jednak nigdy nikomu nie powiedziałem, co tak naprawdę się tam zdarzyło, w od stuleci, a może i eonów zapomnianym miasteczku - Yeekarnan. Wymawiam tą nazwę z obrzydzeniem, już więcej jej nie użyję. Będę określał tamto miejsce słowem TAM.

Znów przechodzą mnie dreszcze; zawsze tak się dzieje, gdy próbuję wrócić pamięcią do tamtych wydarzeń. Mam fobię na punkcie ciemności, częściowo dlatego mam problemy z zasypianiem. Nie mogę przebywać na dworze wieczorem, staję się wtedy kłębkiem nerwów; żałuję, że dałem się namówić na tę idiotyczną wyprawę. Mieliśmy penetrować jaskinie, wspinać się na skałkach, ale mój wspaniały “kumpel” nie raczył mnie poinformować, gdzie te jaskinie i podziemne studnie prowadzą. Nie sprzeciwiałem się przed schodzeniem coraz głębiej i głębiej... Gdybym wtedy wiedział... może dało by się uniknąć tej tragedii. Sądzę jednak, że takie było przeznaczenie, choć osobiście nie jestem przesądny; ciekawscy płacą wysoką cenę za wtykanie nosa w nie swoje sprawy, a to, co myśmy widzieli, nigdy, przenigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Dzięki Bogu, chociaż ja mogę oddychać teraz swobodnie, jeśli tak można nazwać próbę egzystencji z dnia na dzień. Moi dwaj koledzy, niestety, nie.

W czerwcu, tuż przed sesją rozpoczęły się przygotowania do wyjazdu. Musieliśmy zorganizować transport do Rumunii, a zaręczam, że nie jest to łatwe, szczególnie przed sezonem wakacyjnym. Nam zależało, żeby cały wyjazd zamknąć w rozsądnej kwocie, około tysiąca złotych na głowę. Wiedzieliśmy, że nie będzie to łatwe. W końcu zdecydowaliśmy się jechać pociągiem. Do Budapesztu, później Bukaresztu, a następnie do celu naszej wyprawy - Tures, niedaleko Cluz (czytaj: Kluż) w Transylwanii. Jak na nasze doświadczenie, była to śmiała decyzja, lecz wynikająca nie tylko z braku odpowiednich funduszy, ale, nie ukrywając, miała to być nasza życiowa przygoda i wierzyliśmy, że jakieś drobne niedogodności związane z podróżowaniem tym środkiem transportu nie będą w stanie przeszkodzić nam w realizacji tego, co by nie powiedzieć, śmiałego planu. “Pożyjemy, zobaczymy”, jak głosi stare polskie powiedzenie. W naszym przypadku sprawdziło się ono w więcej niż stu procentach... Gdy kwestię transportu mieliśmy z głowy, a minęła już połowa czerwca, zajęliśmy się naszym ekwipunkiem. Plecaki mieliśmy znośne, niezbyt zużyte. Nie raz wracaliśmy przemoknięci i przemarznięci z wędrówek po Tatrach, a nasze “begi”, jak mówił na nie Grzesiek, zawsze dobrze nam służyły. Kolejny rozdział z cyklu: “Szalona podróż do Rumunii, w wykonaniu Wojciecha, Marcina i Grzegorza” został zamknięty. Jest dobrze. Do tego momentu nie mieliśmy większych problemów, ale nie chcieliśmy wywoływać wilka z lasu i starannie dopinaliśmy wszystko na ostatni guzik. Nie ma co popadać w euforię, zwycięzcą jest nie ten, który zacznie, ale ten, który skończy; wtedy jeszcze rządził nami zdrowy rozsądek i chłodne kalkulacje były najważniejsze, nie było miejsca na sentymenty ani filozofowanie.
Sesja się skończyła i dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy trzej mieliśmy po dwa braki. Ja z mechaniki płynów i PKM - u, Grzesiek z równań różniczkowych i programowania, a Marcin z historii literatury współczesnej i etyki. Nikt z nas się tym oczywiście nie przejmował, zbyt byliśmy podnieceni wyjazdem, który miał nastąpić lada dzień. Dzięki kilku wspaniałym ludziom, udało nam się zebrać całe potrzebne fundusze, a nawet trochę więcej, choć o tym akurat nikomu nie pisnęliśmy ani słówka, i nasze nadzieje na udane wakacje, połączone z wyprawą naukową, nie były bezpodstawne. Po trudach związanych z przygotowaniami mogliśmy oczekiwać tylko samych przyjemności. Nikt nie wie, jak bardzo się wtedy myliliśmy.
Nadszedł ten dzień, 5 lipiec 2003, kiedy nasze wojaże miały się zacząć. Pogoda była wspaniała, niebo bezchmurne, o dziwo, niewysoka temperatura i delikatny południowy wietrzyk, orzeźwiający, a zarazem tak przyjemnie cieplutki jak ciało dziewczyny przytulanej w mroźną zimową noc. Mieliśmy wspaniałe humory, nasi rodzice trochę się niepokoili, ale szybko rozwialiśmy ich wątpliwości, mówiąc o doskonałej organizacji, telefonach (w tej kwestii popełniliśmy olbrzymi błąd, nie zabierając ze sobą “komórek” i licząc na rumuńską telekomunikację, która w rzeczywistości okazała się prawie nie istnieć, szczególnie w górach) i posyłaniu listów ekspresowych (to również tylko teoria). Znacznie gorzej było z naszymi dziewczynami. Od początku nastawione były sceptycznie do tego przedsięwzięcia i za żadne skarby nie chciały nas puścić do tego, jak one go nazywały, “egzotycznego” kraju. Ja tam nie wiedziałem, co w nim takiego egzotycznego, dopóki się tam nie znalazłem, ale wtedy już było za późno na rezygnację, byliśmy w tym za głęboko i za wielu ludzi nam zawierzyło. Mieliśmy przywieźć wspaniałe zdjęcia, szkice różnych form krasowych (w wykonaniu Marcina, oczywiście) i co się tylko dało. Te zdjęcia, które przywiozłem zostały spalone jeszcze tego samego dnia; nie mogłem dopuścić, by wpadły w jakieś niepowołane ręce. Tyle, że nikt nie był powołany do oglądania tego, i zrobiłem, co musiałem.
Na nasze, dosyć bliskie, nie powiem, koleżanki też znalazł się sposób. Ja obiecałem, że kupię Kasi, czyli mojej dziewczynie, pierścionek zaręczynowy, zaraz po przyjeździe. Nie zrobiłem tego, po prostu nie mogłem... Marcin z kolei dał Natalii porządny wycisk poprzedniej nocy i jakimś dziwnym “trafem” stała, jakby zapomniała języka w gębie, nic nie mówiąc, tylko uśmiechając się wyzywająco (do Marcina, oczywiście), a Grzesiek... cóż, nigdy się nie przyznał, co takiego uczynił, że Aga nagle zmieniła zdanie. Hm... dziwne, ale jakoś nikt wtedy nie pomyślał o tym, co może nam grozić w tych jaskiniach. Nikt wcześniej ich nie badał, a już w trakcie dowiedziałem się, że ciąży na nich jakaś bliżej niezidentyfikowana klątwa i żaden lokalny grotołaz do nich jeszcze nie wszedł. Ponieważ te jaskinie były naprawdę mało znane, również zagraniczni penetratorzy nie zagłębiali się w tamte “otchłanie”, podobno bez dna (teraz wiem, że one naprawdę nie mają dna, przynajmniej w naszym - ziemskim - pojęciu).
Nie spóźniliśmy się na pociąg, co było godne “nagrody punktualnych” i pojechaliśmy w świat nam nieznany i daleki. Jak ja teraz żałuję, że nie posłuchaliśmy naszych dziewczyn, zanim było za późno... trzeba jednak żyć dalej z tą świadomością i poczuciem winy. “Przecież mogłem ich powstrzymać”, ciągle to sobie powtarzam. Wiem, że długo już nie pociągnę. Czuję jak TO mnie wysysa, jak żywi się moją duszą, myślami, wspomnieniami... moją miłością. Wyciąga ze mnie to, co najcenniejsze. Z nikim nie mogę się już dogadać, uważają mnie za wariata, szaleńca, że niby zabiłem ich z zazdrości... tylko o co? Ja? Moich przyjaciół? Nigdy bym tego nie zrobił! Ale oni nie wierzą, oni wiedzą swoje, krzywdząc tym innych. Nie mają pojęcia, jak bardzo mnie ranią. Teraz, gdy najbardziej potrzebuję drugiej osoby... zresztą, nieważne. Nie mogę się wiecznie nad sobą użalać, muszę to dokończyć, by móc odejść, gdzie ON mnie ciągnie, z czystym sumieniem.
Nasza podróż do Budapesztu przebiegła pod znakiem taniego czeskiego alkoholu oraz żarcia dla kotów, które, o dziwo, w czeskim wykonaniu jest całkiem niczego sobie. Pierwsze niepokojące symptomy pokazały się nocą, kiedy Grześka nawiedził bardzo dziwny sen. Był bardzo podatny na podświadome sugestie i ON z łatwością mógł nim manipulować. Wtedy tłumaczyliśmy to sobie ilością wypitych wcześniej piw, ale nawet nie domyślaliśmy się, w jakim możemy być błędzie. Grzegorz opowiadał potem, całkiem trzeźwy i bez kaca, że widział nas, całą trójkę uciekającą przed czymś na kształt... czegoś bezkształtnego. Trudno to opisać słowami, ale wierzyliśmy mu na słowo, czyli na tyle, na ile można wierzyć kumplowi po alkoholowej libacji. Akurat wjeżdżaliśmy na dworzec w Budapeszcie i nie mieliśmy czasu na interpretowanie tego, co by nie powiedzieć, dosyć dziwnego snu, a raczej nocnej mary. Jak mogliśmy się tak pomylić?
Po wysłaniu listów (tak, Budapeszt to nowoczesne miasto) i wykonaniu kilku telefonów rozpoczął się drugi etap naszej wędrówki. Za cel obraliśmy Bukareszt, jako największe miasto w kraju przeznaczenia - Rumunii (wypowiadam tę nazwę z niesmakiem). Do pociągu mieliśmy kilka godzin, więc poszliśmy na kilka, tym razem węgierskich, browarów. Po drodze spotkaliśmy faceta, chyba araba, który sprzedał nam dwie lufy grassu, za niewielkie pieniądze oczywiście, z zapewnieniem niesamowitych “wizji”. Zagwarantował, że zwróci nam kasę, jeśli towar nie spełni naszych oczekiwań. Akurat.
Pociąg wyraźnie się spóźniał, a nas korciło, żeby spróbować chociaż trochę tej marychy. W końcu, po burzliwej dyskusji, zdecydowaliśmy się na jeden buch na głowę, co powinno zaskutkować lekką poprawą nastrojów, a jednocześnie nie zwali nas z nóg na kilka godzin. Tak też się stało. Poszliśmy do kibla, z tyłu dworca, żeby nikt nas nie widział, i odpaliliśmy stuff. Pierwszy zaciągnął się Grześ, jako główny sponsor całej akcji (nadaliśmy jej kryptonim: “Wypalanie traw”), potem Marcin, a na końcu ja. Towar był całkiem, całkiem, miał w sobie posmak czegoś, czego jeszcze nigdy nie paliliśmy, a że my bardzo lubiliśmy nowości, szczególnie z dziedziny “traw”, postanowiliśmy wypalić wszystko. “Co nam szkodzi, zawsze są inne pociągi”, mówił Marcin. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. O Boże, jakiego to miało kopa, o mało nam płuc nie rozerwało. Jak żeśmy zaczęli się dusić, to nie było widać końca. Czerwoni jak buraki wyskoczyliśmy z tych kibli, strasznie śmierdzących, nawiasem mówiąc, i pobiegliśmy na peron. Kilka szybkich łyków wody i skok do pociągu, co prawda już po sygnale, ale kto by zwracał na to uwagę. Ulokowaliśmy się w dosyć przyjemnym miejscu, a co najważniejsze - pustym, zrzuciliśmy plecaki i... trawa zaczęła działać. Humory mieliśmy jak po najdłuższej nocy polarnej z naszymi dziewczynami i jeszcze po dwóch Tatrach (oczywiście “mocnych”). To było to! Najlepszy grass, jaki kiedykolwiek bakaliśmy, coś niesamowitego. Nie wiem, co “widzieli” koledzy (nie zdążyli mnie poinformować), ale ja ujrzałem jakieś ohydne, bezkształtne galaretowate stwory sunące powoli po bliżej nieokreślonych przestrzeniach. Ich wygląd tak mnie przeraził, że długo jeszcze nikomu o ty nie powiem. Pamiętam, jak jeden z NICH próbował do mnie podejść, stałem wtedy na lekkim wzniesieniu i bez przeszkód obserwowałem całą okolicę. Wtedy zobaczyłem GO po raz pierwszy. Wielka kula z licznymi mackami, krążącymi wokół czegoś na kształt głowy. Widok przerażający, a jednocześnie niesamowity. Stałem tak na tej górce, zamurowany, kiedy stało się coś nieoczekiwanego - ON przemówił. Z któregoś fragmentu tej bezkształtnej masy dobiegało jedno, niewyraźne słowo: Yeekarnan; wtedy usłyszałem je po raz pierwszy. Nie wiedziałem, o co chodzi, więc przyjąłem to za bardzo nieprzyjemną schizę ponarkotykową (a miałem ich wiele...). Tę jednak zapamiętam do końca mego nędznego życia, czyli niedługo.
Nie podzieliliśmy się swoimi przeżyciami, ale podejrzewam, że oni widzieli to samo, co ja. Kilka dni później dowiedziałem się, skąd wziął się ten specyfik. Po pierwsze, nie była to marycha, a po drugie, zbiera się to “zioło”, jak je określają Rumuni, na stokach gór w Transylwanii, dokładnie trzysta metrów poniżej wejścia do systemu jaskiń, które mieliśmy penetrować; akurat natrafiliśmy na takie zbiory. I chociaż dawano nam ten towar za darmo, przysięgliśmy sobie, że więcej go nie tkniemy.
Podróż do Bukaresztu była podobna do poprzedniej, do Budapesztu, z tym że mniej piliśmy, a więcej rozmawialiśmy. Jechaliśmy dosyć długo (II klasa) i trzeba było się przespać. Ani ja, ani Marcin nie mieliśmy żadnych nadzwyczajnych snów. Ale Grzegorz... Wyskoczył w środku nocy ze swojego fotela i spadł na ziemię. Był cały spocony i trząsł się niemiłosiernie. Poprosiliśmy go, żeby opowiedział nam ten sen, lecz on odparł, że i tak byśmy nie uwierzyli. Pomyślałem wtedy, że pewnie ma rację, ale gdy wracam myślami do tamtych wydarzeń... Wiem, że mogłem coś zrobić. Po prostu to wiem.
Z Bukaresztu zostało nam kilkaset kilometrów do celu podróży, Tures. Sytuacja się powtórzyła. Grzesiek znów miał ten niepokojący sen i obudził się cały roztrzęsiony; baliśmy się, że jest chory, lecz on upierał się, że nic mu nie jest. Nie mieliśmy wyjścia, jak przystać na to.
W końcu, po czterech dniach męczącej tułaczki dotarliśmy do tej miejscowości. Tak zapyziałej dziury w życiu nie widzieliśmy. Chybie przy tym to metropolia. Trzeba się było jednak zmobilizować i zorganizować nocleg; nie uśmiechało się nam koczowanie po gołym niebem, przynajmniej jeszcze nie teraz. Znaleźliśmy dosyć przyjazny lokal, taką mieliśmy nadzieję, i wreszcie mogliśmy się porządnie wyspać; dobry sen był nam bardzo potrzebny, szczególnie Grzegorzowi, który miał ostatnio mocno zszarpane nerwy. W ogóle zrobił się trochę dziwny. Mniej z nami rozmawiał, dużo rozmyślał. Był nieobecny; czasami trzeba było wołać dwa razy, żeby usłyszał, a to nigdy się mu nie zdarzało. Zmienił się, od czasu tego pierwszego snu powoli, acz systematycznie się od nas oddala, buszuje gdzieś w zawiłych korytarzach swej świadomości. Później zdałem sobie sprawę, że on powoli umierał. ON zabierał mu duszę, tak jak robi to teraz mnie. Grzesiek bardzo cierpiał, a my nie umieliśmy mu pomóc, byliśmy kompletnie bezradni. Nawet gdybyśmy znali przyczynę tego stanu rzeczy, wątpię, czy bylibyśmy w stanie go uratować. Między Grześkiem, a NIM powstała niewidzialna nić, której nie można było przerwać, gdyż skończyło by się to śmiercią naszego przyjaciela, a tego najmniej byśmy chcieli. Choć, z drugiej strony, może skrócilibyśmy mu cierpienia, tak bolesne. Jest to tylko gdybanie, gdyż i tak nikt by na to nie wpadł. Dla nas byłaby to czysta surrealistyczna abstrakcja i pewnie nikt by nam nie uwierzył. Nie wiem, czy ktokolwiek da wiarę temu, co piszę, a co dopiero takim śmiałym teoriom. Są rzeczy na ty świecie, którym człowiek jest w stanie uwierzyć dopiero, jak sprawdzi je namacalnie, a i to nie zawsze. A to, co ja przeżyłem z moimi przyjaciółmi wymyka się wszelkim zasadom, nie da się tego zaklasyfikować jako np. zwidy po zażyciu narkotyków czy zły sen; to jest zbyt nierzeczywiste, wykraczające poza wszelki reguły, ale myśmy to przeżyli na własnej skórze, choć tylko ja do końca, i nie omieszkam opisać dokładnie tego, co widziałem.
Znowu mam dreszcze. Ten wiatr, świszczący za oknem, przypomina mi to, co chcę zapomnieć. Te głosy wciąż siedzą w mojej głowie, nie chcą mnie opuścić. Przeklinam się za to, że przeżyłem! Powinienem leżeć teraz TAM, razem z nimi. Lecz wypełnię swoją ostatnią misję i skończę ten pamiętnik. Pamiętnik, dobre słowo. Na pewno będę ich pamiętał. Byli tacy młodzi, pełni życia i umarli tak młodo. A ja? Muszę walczyć z NIM. ON nigdy nie da mi spokoju. Grzegorzu, Marcinie! Gdziekolwiek teraz jesteście, wiedzcie, że nigdy o was nie zapomnę. Będę dźwigał to brzemię, póki starczy mi sił, a później do was dołączę i po wsze czasy będziemy grać w niebiańską wersję “Scrubble”; w “Magię i miecz” chyba nie da rady.

Do tych jaskiń, u stóp Szamasa, mieliśmy jakieś pięć kilometrów, na przełaj. Miałem dość dobrą mapę, jak na nasze potrzeby, i bez trudu po dwóch godzinach (przypominam, szliśmy cały czas górami) dotarliśmy na miejsce. Grzesiek uskarżał się na ból głowy, ale nic nie mogliśmy na to poradzić; w ogóle był jakiś “niemrawy” od samego rana. Po drodze, jak już wspominałem, spotkaliśmy zbieraczy tego “ziela”, które dało nam takie “ciekawe” wizje. W normalnych okolicznościach wypalilibyśmy z nimi “fajkę pokoju”, ale mieliśmy już nieprzyjemne przeżycia związane z paleniem tego świństwa i bardzo grzecznie odmówiliśmy (nauczyliśmy się rumuńskiego, no, trochę), co nie zostało odebrane zbyt dobrze wśród zbieraczy. A jak się dowiedzieli, że mamy zamiar spenetrować jaskinie Szames (nazwa pochodzi od góry - Szamas), to pomyśleli żeśmy zwariowali. Nikt z nich nigdy tam nie wszedł i nie wejdzie, tak to komentowali. Wtedy dowiedziałem się o klątwie ciążącej na tamtym miejscu. Trochę się zdenerwowałem, podobnie Grzesiek, gdy okazało się Marcin dobrze o tym wiedział i głównie dlatego tak nalegał na ten wyjazd. Nie było jednak innego wyjścia, jak sprawdzić te studnie (właśnie studnie przeważały w charakterze tych jaskiń, a jak wiadomo, niełatwo się tam schodzi, a jeszcze trudniej wychodzi...). W geście zadośćuczynienia, Marcin postanowił iść jako pierwszy. Nie polepszyło nam to samopoczucia, ale przystaliśmy na tę propozycję.
Wspinaliśmy się jeszcze przez jakiś czas, zanim dotarliśmy do pierwszej groty. Nic specjalnego. Wejście jak każde inne. Tylko ten smród, prawie nie do wytrzymania. Zdawało się, że przebija mi mózg i wwierca się w duszę. Nie wiedziałem, jak blisko byłem prawdy. Tragicznej prawdy. Smród ten też miał swój udział w odpędzaniu nieproszonych gości, jakimi byliśmy my. Z tym, że nas tak łatwo nie dało się pozbyć. Kolejna przeszkoda na naszej drodze pokazała, jakimi byliśmy ślepymi ignorantami. Grześkowi dalej dokuczał ten przeklęty ból głowy. Czasami skarżył się, że słyszy głosy. Głosy namawiające go do wejścia TAM. A my, jak idioci, pomyśleliśmy, że to dobry znak. Dobry znak? Dobre sobie! Jakby ktoś przez wiele lat próbował cię zniszczyć, a potem powiedział: “Chodź do mnie do domu, pokażę ci moją kolekcję noży wojskowych”, to czy uwierzyłbyś mu? Wątpię. A my to zrobiliśmy, weszliśmy do JEGO domu, tylko bezczelniej, bo nie przez drzwi, a komin. Będę tego żałował po kres moich dni.
Zanim weszliśmy w bezdenne czeluście tych jaskiń, dobrze umocowaliśmy haki, by zapewnić sobie w miarę bezpieczny powrót. Obawialiśmy się trochę tubylców, więc musieliśmy się nieźle nagłówkować, żeby znaleźć odpowiednie miejsce. Marcin, na szczęście, miał bardzo dobry czekan i szybko sobie z tym problemem poradziliśmy. Założyliśmy hełmy z latarkami i całą uprząż do mocowania liny. Było to niezbędne w tych warunkach. Marcin schodził pierwszy. Najpierw ostrożnie, musiał wyczuć podłoże, później coraz pewniej, aż przez chwilę straciliśmy go z oczu. Następnie Grzegorz, dalej z bólem głowy, który nieustannie się nasilał; na końcu zaś ja.
Takim oto sposobem zaczęliśmy penetrować nigdy nie zbadane jaskinie. Nasza penetracja, jako że miała charakter naukowy, wymagała kilku kilogramów dodatkowego sprzętu, co żadnemu z nas nie było na rękę. Jednak umowa to umowa, więc nie wypadało narzekać.
Pierwsze dwadzieścia metrów poszło jak z płatka. Potem natrafiliśmy na przewężenie i musieliśmy trochę zwolnić. Wtedy “poczułem” tą jaskinię. Zdawało mi się, że ona żyje własnym życiem: oddycha, rozmyśla, czuwa, lecz nigdy nie śpi. Smród nasilał się z każdym pokonanym metrem, z góry zaś non stop kapała na nas woda. W ogóle wilgoć w tej studni była tak duża, że ciężko było oddychać, a co dopiero rozmawiać. Ściany stawały się coraz bardziej śliskie, malała ilość wystających skał, co niezmiernie utrudniało nam spuszczanie się. Ogarnęło mnie dziwne czucie bycia obserwowanym. Oni chyba też to odczuli, bo natychmiast zaczęliśmy się rozglądać; nic jednak nie zobaczyli. Grzegorz zaczął się bardzo dziwnie zachowywać, cały czas mówił coś do siebie i zdawał się być odcięty od rzeczywistości, choć, co jeszcze dziwniejsze, doskonale wiedział, jak schodzić w dół, jakby znał każdy kamyczek na swojej drodze. Nie rozmawiałem o tym z Marcinem, mógłby nas źle zrozumieć, a nigdy nie wiadomo, co takiemu strzeli do głowy. Musiałem, chcąc nie chcąc, to przemilczeć, przynajmniej na razie. Mijaliśmy właśnie pięćdziesiąty metr naszej trasy, gdy nagle Grzegorz zawołał: Yee... (nie dokończę). Zdziwiliśmy się, gdy wyskoczył z tą nazwą, gdyż nigdy wcześniej się z nią nie spotkaliśmy. Kiedy spytałem go, skąd zna to słowo, nie wiedział, o czym ja mówię, jakby nie pamiętał albo się zgrywał. Nie wiedziałem, co robić; Marcin też. Więc nie zrobiliśmy nic; kontynuowaliśmy zejście.
Teraz już żadne promienie słońca do nas nie docierały, ogarnęła nas ciemność, nieprzenikniona ciemność, i tylko światło latarek było dla nas źródłem przyjaznych promieni. Jednak to, co później zobaczyliśmy, zakrawało na absurd. Zrozumiałem wtedy, że ciemność nie jest przeciwieństwem światła, tylko jego brakiem. Może zabrzmiało to dziwnie, ale w istocie jest to prawda. Kto nie wierzy, niech odwiedzi... choć nie, lepiej niech pozostanie niedowiarkiem. Wilgoć w tej studni była nie do zniesienia, ciągle brakowało nam powietrza. Prawie w ogóle nie rozmawialiśmy, w tej stęchliźnie było to niemożliwe. Żałowałem, że tam weszliśmy. Na odwrót było jednak za późno, brnęliśmy więc dalej przez zakazane korytarze Szamesu.
W miarę zbliżania się do lustra wody, które, o dziwo, się tam znajdowało, Grzesiek stawał się bardziej nerwowy i drażliwy. Bez przerwy rozglądał się wokół siebie i tak dziwnie na nas patrzył. Trochę jak przestraszone zwierzę, wracające do zagrody swojego pana, a trochę jak Kuba Rozpruwacz. Pomyśleliśmy z Marcinem, że może lepiej wrócić na górę; Grzegorz wyglądał coraz gorzej. Pragnął jednak (jaki miły się zrobił) zbadać te jaskinie. Nam też nie uśmiechało się wracać na górę z pustymi rękami. Nagle, całkiem przypadkiem, oparłem się ramieniem o zbocze i wpadłem do środka. Znalazłem pierwszy boczny tunel i ostatni, jak dobrze pamiętam. Mogliśmy więc spokojnie usiąść, po tak długim wiszeniu na linach.
Tunel był dosyć wąski, około półtora metra średnicy, lecz nam całkowicie wystarczał. Co najważniejsze, był suchy i mogliśmy, bez strachu o zamoknięcie, odpocząć na kilka minut i przy okazji coś przekąsić. Baterii w latarkach wystarczy nam na dwadzieścia godzin, chyba że będziemy oszczędzać. Nie mieliśmy zamiaru tam tak długo siedzieć, ale niezbadane są wyroki boskie, podobnie jak te jaskinie. Zrobiliśmy jedno zdjęcie, u wejścia do tego korytarza, i drugie, na wprost nas, tam gdzie zamierzaliśmy się udać. Jedna rzecz nas zaciekawiła, nigdzie nie było nietoperzy ani pająków, co w tych stronach powinno być normalne. Zignorowaliśmy to jednak i ruszyliśmy tyłki z ziemi w dalszą drogę.
Czuliśmy się bardzo zawiedzeni, nigdzie nie było żadnych stalaktytów, stalagmitów, czy innych form krasowych. Toteż nie robiliśmy wielu fotografii; nie było niczego, co by wypadało uwiecznić.
Szliśmy i szliśmy tym tunelem, nienaturalnie schyleni, i jakoś na nic interesującego nie mogliśmy trafić. Dłużyła się nam ta wędrówka niemiłosiernie, a wokół tylko gołe skały. Właśnie, gołe skały. Powinniśmy wcześniej zauważyć, że jest mało prawdopodobne aby w takiej starej jaskini wszystkie ściany były gładkie jak stół. Na dodatek, od czasu opuszczenia studni nie zobaczyliśmy ani kropli wody i robiło się jakoś podejrzanie ciepło. To ciepło biło z wnętrza korytarzu, gdzie Grzesiek tak radośnie podążał, co poważnie nas zaniepokoiło. Poszliśmy tym tropem, gdyż wydawał się najrozsądniejszy, a poza tym, był jedynym, jaki mieliśmy.
Tunel wyraźnie schodził w dół. Uważaliśmy, żeby się nie pośliznąć, bo choć było sucho, to podłoże było bardzo śliskie. Na szczęście mieliśmy odpowiednie buty z podeszwami antypoślizgowymi. Włóczyliśmy się już tak dobre pół godziny. Entuzjazm Grześka rósł z minuty na minutę, na co nie umieliśmy znaleźć odpowiedzi (kolejna zagadka, której rozwiązanie przyszło w niedługim czasie). Z biegiem czasu stawaliśmy się senni i “niekumaci”. Nic na to nie mogliśmy poradzić, a jak chciałem sprawdzić, która jest godzina, okazało się mój zegarek stanął, podobnie Marcina. Grzegorza nie pytałem.
Koniec. Wreszcie koniec tego przeklętego korytarza. Mogliśmy rozprostować nasze zbolałe kręgosłupy i przy okazji coś przegryźć. Nie omieszkaliśmy zrobić kilku zdjęć miejscu, które nie było ani przyjaźnie, ani wrogo do nas “nastawione”. Sprawiało one wrażenie korytarza, w którym łączą się wszystkie ścieżki prowadzące w głąb góry; był tu okropny przeciąg. Przenikliwy, zimny wiatr próbował zawrócić nas z tej drogi, ale Grzegorz nie miał zamiaru się cofać i musieliśmy za nim podążać. Szedł coraz szybciej, wybraną przez siebie ścieżką, nie oglądając się ani razu. Coraz trudniej było nam za nim nadążyć, nie wiedzieliśmy, skąd ma tyle energii, przecież jeszcze niedawno ledwo chodził, a teraz... dziwne, bardzo dziwne. Coraz mniej nam się to podobało: nie znaleźliśmy nic ciekawego, zdjęcia pewnie wyjdą marne, szkiców nie robiliśmy (no bo czego?), a poza tym to czuliśmy się coraz gorzej, w przeciwieństwie do Grześka, a szczególnie ja. Wpadałem w obłęd, zdawało mi się, że zewsząd patrzą na mnie ONI; że ciągle mnie obserwują. W ciemnościach dużo rzeczy może się człowiekowi wydawać, a jeszcze więcej może być prawdziwych. Dlatego starałem się myśleć pozytywnie, dużo rozmawiałem z Marcinem, podczas gdy Grzesiek zapierdalał jakby się paliło. Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Miałem mieszane uczucia. Były momenty, że chcieliśmy go zostawić - niech sam sobie wraca, jak taki mądry; czasami biegliśmy za nim jak wariaci. W głowie już mi się pieprzyło. Marcin jednak wydawał się spokojny jak morze przed burzą. On chyba był najnormalniejszy z nas trzech, w tamtym momencie.
Dopadliśmy Grześka, kiedy przystanął. Jak się okazało, na krawędzi bezdennej przepaści (sprawdziłem to, rzucając kamieniem). To był koniec naszego tunelu, i koniec wędrówki. Grzegorz znów był podejrzanie zadowolony, jakby wcale nie przejmował się tym, że przed nami nie ma żadnej drogi. Widocznie miał inne podejście do tego typu spraw. Prawdę mówiąc, trochę mi ulżyło, że to już koniec. Marcin też nie wydawał się być smutny z tego obrotu spraw. Ale to nie był koniec i dane nam było się o tym przekonać.
Nie wiadomo skąd, zerwał się silny wiatr. Dął od strony korytarza i spychał nas w przepaść, gdyż nie było gdzie się przed nim schować. Przed nami ziała olbrzymia dziura, niczym krater wulkaniczny, a za nami... Za nami zbliżała się ciemność, właściwie to “antyświatło”, jak już wspominałem. Wygląda to tak: stoisz sobie spokojnie, gdy tu nagle przestajesz widzieć, słyszeć, czuć i cholera wie, co jeszcze. Zaryzykuję stwierdzenie, że ogarnęła nas “namacalna” ciemność. Wiatr ustał, ale straciliśmy orientację. Usłyszałem wtedy, znowu, te głosy w mojej głowie. Zobaczyłem JEGO. Był taki sam jak wtedy, gdy miałem tę “wizję”. Patrzył na mnie niewyraźnie swoimi wielkimi ślepiami, jakby chciał mnie pochłonąć. Kątem oka ujrzałem jeszcze Grześka, wpadającego w tą otchłań. Marcina nie zauważyłem. Potem straciłem przytomność.
Długo spadałem zanim ocknąłem się na tej martwej, jałowej pustyni. Spadałem wiele kilometrów, a może i głębiej. Nie pamiętam tego dokładnie, ale zdawało mi się, że widzę Marcina, walczącego z jakąś bezkształtną marą, poskładaną z wielu jeszcze bardziej odrażających potworów. Prawdopodobnie to było przywidzenie. Nieco później ujrzałem dosyć niezwykły widok (nawet tutaj), zobaczyłem, jak Grzesiek rozmawiał z NIM. Trochę mnie to dobiło, gdyż sprawdziły się moje przewidywania - zwariowałem! Chyba jednak nie, bo po chwili znów go dojrzałem, tym razem lecącego w moją stronę, na czymś, co przypominało krzyżówkę wielbłąda z pterodaktylem. Zbliżali się z każdą sekundą, aż w końcu spadłem na tę cholerną pustynię (sam piasek), a oni za mną. Trochę poturbowany, zacząłem uciekać. Nie wiedziałem specjalnie dokąd, pragnąłem tylko uciec stamtąd jak najdalej. Usłyszałem zbliżające się głosy, wciąż powtarzające: Yeeka... Nie mogę tego wymówić, cierpnie mi skóra. Padłem na ziemię, dosyć miękką jak na pustynię, i nakryłem głowę rękami. Jednak nic się nie stało. Odwróciłem się... i nie zobaczyłem już tam nikogo. Tylko pustkę, kompletną nicość. Żaden wiatr nie zakłócał ciszy tamtego miejsca. Cisza, jakiej w życiu nie doświadczyłem, przerażająca, jakby oczekująca na coś, nie wiedziałem jednak na co.
Teren był płaski, żadnych wzniesień czy chociaż wydm. Piasek też nie taki, jaki znałem, czarny, gęsty, wręcz lepki. Byłem całkowicie zdezorientowany. Wtedy przyszedł. Niebo się rozstąpiło, choć słońce się nie pokazało, i powoli, majestatycznie zszedł do mnie. Był dokładnie taki sam, jak go zapamiętałem: wielki, jajowaty z mackami krążącymi wokół jego “głowy”. Był również strasznie owłosiony i taki... galaretowaty, widać było, że poruszanie się sprawia mu trudność. Powłóczył ciałem, bo nóg nie miał, w moją stronę. Stałem przerażony jak dziecko w halloween, tylko, że to, co widziałem, było prawdziwe. Wtedy miałem jeszcze nadzieję, że zwariowałem albo że jestem chory na jakąś egzotyczną chorobę; tak jednak nie było. Sztywny jak słup soli, wyczekiwałem nadchodzącej śmierci. Jak ja nie chciałem wtedy umierać, nawet zacząłem się modlić: “Ojcze nasz...”. Pomyślałem, że to będzie strasznie głupia śmierć, choć niecodzienna, trzeba przyznać. Nadeszła chwila, gdy się zatrzymał, jakieś pięć metrów przede mną. Boże, jaki ON był wielki, prawie jak mój dom, naprawdę. Spokojnie mógł mnie zgnieść na miazgę jedną macką, które notabene do małych nie należały. Niemniej jednak, tak się nie stało.
Podczas, gdy staliśmy tak na przeciwko siebie, nie wiadomo skąd, zjawił się Grzegorz. Podszedł do mnie i powiedział, że Shath’ran, bo tak brzmiało jego “imię”, nic mi nie zrobi; już zaspokoił swój głód. Nie chciałem wiedzieć, jak. Byłem na tyle naiwny, by mu uwierzyć, choć może on tak myślał naprawdę; nie wiadomo. Kiedy wspomniał, że ON już zaspokoił swój apetyt, od razu pomyślałem o Marcinie. Zapytałem więc o niego i dostałem wymijającą odpowiedź, która potwierdziła moje przypuszczenia: zabili go, skurwysyny. Nie miałem pojęcia, kim był ten Shath’ran i nic mnie to wtedy nie interesowało; chciałem tylko się stamtąd wydostać. Grzesiek poinformował mnie również, że znajdujemy się w dawno zapomnianym mieście. Było ono stolicą starego królestwa, które na skutek wielu wojen zostało doszczętnie zniszczone. Dodał jeszcze, że działo się to zanim pierwszy człowiek postawił nogę na tej planecie, przed wieloma eonami. Później, po kilku trzęsieniach ziemi, miasto zapadło się w głąb Ziemi. Wspomniał też coś o innych wymiarach, że niby jesteśmy na Ziemi, ale praktycznie to znajdujemy się poza czasem, lecz ja miałem już serdecznie dosyć tego wykładu i przestałem go słuchać. Zastanawiałem się tylko, jak mój przyjaciel dostał się w łapy tego... czegoś (wiele miesięcy później, po długich poszukiwaniach, znalazłem coś na temat Shath’rana; był on niegdyś bogiem czczonym na terenach dzisiejszej Rumunii, ale podupadł nieco i przebywa teraz w “bezczasowiu”, jak nazywają to okultyści; podobno są jeszcze ludzie, którzy odprawiają okrutne rytuały, mające GO przywrócić do naszego wymiaru, ale to tylko przypuszczenia). Domyśliłem się, że ON musi mieć wielki wpływ na ludzi słabo odpornych psychicznie, wciska się wtedy głęboko w podświadomość i niszczy. Wypija życiodajny sok ludzkiej duszy. Aktualnie robi to samo ze mną. Grzesiek był już stracony, podejrzewałem, że Marcin też przeszedł na “drugą stronę”. Ja nie miałem zamiaru.
Po tym “wspaniałym” wykładzie historii, znowu straciłem przytomność, powoli zaczęło mnie to nudzić. Odzyskałem ją bardzo szybko, budząc się nad przepaścią, nad którą staliśmy wcześniej. Miałem wrażenie, że to był tylko zły sen, jednak szybko zmieniłem zdanie, gdy nie zauważyłem nigdzie ani Grzegorz, ani Marcina. Usiadłem wtedy na ziemi, przypomniałem sobie wszystko dokładnie i rozpłakałem się. Mało co, a z żalu bym wskoczył w tą przepaść. Uzmysłowiłem sobie wtedy, że przyszliby tu inni szukać nas, a wtedy... Nie, nie mogłem do tego dopuścić. Dlatego odmówiłem za nich modlitwę i ruszyłem z powrotem. Chociaż byłem głodny, nie mogłem nic przełknąć.
Latarka już przygasała, kiedy dotarłem do studni. Znalazłem linę, zapiąłem uprząż i zacząłem się wspinać. Szło mi to dosyć opornie, ale parłem naprzód. Jakimś cudem wygramoliłem się z tej studni i padłem ze zmęczenia na ziemię. Nie miałem jednak czasu na sen, musiałem wracać do domu.
Zegarek dalej nie działał, nie wiedziałem dlaczego. Pomyślałem, że skoro rozładowała mi się bateria w latarce, to upłynęło ze dwadzieścia godzin. Zgadzało by się to, gdyż było jasno, słońce właśnie wspinało się po bezchmurnym letnim niebie; zapowiadał się upalny dzień. Ustawiłem więc mniej więcej zegarek i ruszyłem w dół. Po kilku minutach szybkiego schodzenia spotkałem tę samą grupę zbieraczy “ziela”. Nie wiedząc czemu, zapytali dlaczego tak późno wracam, przecież poszliśmy tam trzy dni temu. Zapytali jeszcze o moich towarzyszy, ale ja byłem tak zdziwiony pytaniem, że nic nie odpowiedziałem. “Jak to? Trzy dni?” - zapytałem. Oni skinęli głowami. Nie mogłem w to uwierzyć. Przypomniałem sobie wtedy, co mówił Grzesiek o tamtym miejscu. “Poza czasem”. Te słowa najlepiej oddawały nastrój tamtej pustyni. Na odchodne rzuciłem jeszcze, że moi koledzy nie żyją, że wpadli do przepaści. Lecz oni nie wydawali się być tym zdziwieni, powtarzali tylko: “A nie mówiłem, a nie mówiłem...”. Jedno wiem, więcej TAM nie wejdę. Dziwiło mnie trochę, że oni nie wpadli w niewolę tego Shath’rana. Przecież są bardzo blisko niego. Szedłem trochę zamyślony i przez przypadek potknąłem się o kosz z “zielem”. Uświadomiłem sobie wtedy, skąd bierze się ich odporność. Po prostu mając wypalony mózg, mamy pewność, że nikt się do niego nie “włamie”.

Całą podróż powrotną spędziłem na rozmyślaniu. Nie miałem zielonego pojęcia, jak to wszystkim wytłumaczę. Byłem kompletnie bezradny i załamany faktem bycia tym, na kogo spadła taka odpowiedzialność. Jeszcze kilka dni wcześniej piliśmy razem piwo w tym pociągu, a teraz... muszę to jakoś przeżyć. Wziąć się w garść i przetrwać.
Na dworcu w Budapeszcie znowu spotkałem tego handlarza “zielem”. Od razu mnie poznał i zapytał, czy jestem (zdziwił się trochę, widząc mnie samego) zadowolony z “towaru”. Powiedziałem, że tak i kupiłem trochę do przebadania w domu. Następnej nocy śniłem o naszych wspólnych “manewrach” w Pradze, kiedy byliśmy tak zalani, że nie pamiętaliśmy potem, jak wróciliśmy do hotelu. To były piękne dni, które, niestety, nigdy już nie powrócą. Znowu łza spłynęła po mym policzku. Która to już z kolei?

Wpadłem na pomysł, żeby posłać rodzinom list, w który wszystko wyjaśnię, a samemu zaszyć się gdzieś na jakiś czas, aż oni się z tym pogodzą. Marzenia. Oni nigdy się z tym nie pogodzą! Nie miałem wyjścia, jak wyjaśnić im to osobiście. Nie było to łatwe.
Spotkałem się z nimi na dworcu. Od razu zorientowali się, że coś jest nie tak. Nigdzie nie było Grześka ani Marcina. Tego bałem się najbardziej. Myśleli, że to jakiś kawał, ale nie, to w żadnym wypadku nie był kawał. Nie mógłby być. Wydusiłem z siebie tylko kilka słów: “Oni nie żyją. Nie szukajcie ich, bo nigdy ich nie znajdziecie.” Po tych słowach o mało mnie nie rozszarpali. Ludzie na dworcu gapili się, jak oni wpadli w szał. Obsypali mnie wyzwiskami, tak że nie mogłem nic powiedzieć. Tylko mój ojciec ujrzał. Ujrzał ból w moich oczach. Prawdziwy, ogromny ból. Musiałem naprawdę się starać, żeby nie wybuchnąć płaczem. Tato podszedł do mnie i poklepał po plecach. Wziął mój plecak i zaniósł do samochodu. Reszta “zbiegowiska” wciąż mnie wyzywała od oszustów, a niekiedy i morderców. Tacy są ludzie. Sam nie wiem, jakbym się zachował w podobnej sytuacji.

Przesłuchiwano mnie na setki różnych sposobów, bez rezultatu. Trzymałem się wersji, że wpadli do przepaści; nie mogłem im przecież powiedzieć o Shath’ranie i podziemnym mieście, bo by mnie wyśmiali. A tak, powtarzałem w kółko to samo, a oni w kółko wypytywali mnie też o to samo. Z tym, że moje “to samo” i ich diametralnie się różniło.

Od tego czasu minęło kilka miesięcy. Chodzę ciągle do szkoły, lecz systematycznie opuszczam zajęcia. Jestem zbyt roztrzęsiony. Poza tym, ON wrócił i upomina się o moją duszę. Nie sprzedam się tanio, ale wiem, że mało czasu jest przede mną i nie ucieknę mu. Znajdzie mnie wszędzie oraz nigdzie. Dałem mu przydomek “Łowca Dusz”. Pasuje jak ulał. Muszę szybciej pisać, bo zbliża się wieczór, a ja nie lubię szkrabać przy sztucznym świetle. Jak ja nie lubię ciemności! Ręka mi się trzęsie, znowu dopada mnie nerwówka - nienawidzę tego! Dodam jeszcze, że na tych zdjęciach, które potajemnie wywołałem, nie było nic oprócz masy świecących oczu na fioletowym tle. Nie wiem, co mogły one znaczyć, ale jestem pewny, że kiedy myślałem, iż jesteśmy obserwowani, to była to prawda. Nie ma już na to dowodów, ale ja... ja to wiem.

Idą po mnie, widzę to. Okno się otworzyło, chociaż go nie dotykałem. Nie wiem jak, ale nagle nastała ciemność, nie... nie ciemność, “antyświatło”. O Boże, Marcin, co ty tu robisz? Grzesiek, ty też? Nie, nie róbcie mi tego. Proszę. Unoszą się nad podłogą, zmierzają w moim kierunku, a ja nic nie mogę zrobić. “Będzie ci tam dobrze”, mówią, ale ja im nie wierzę, to cwane bestie. Grzegorz stanął z tyłu i położył ręce na mojej głowie. “Chodź do nas, Shath’ran cię kocha, jak my wszyscy”. Rzucałem się na wszystkie strony, lecz nadaremnie. Zaczęło się, wysysają mnie. Powoli tracę przytomność, nie mogę już myśleć. Nieee.. !

- Wstawaj leniu, głuchy jesteś, czy co? - zawołał Marcin szarpiąc mnie za ramię. Ledwo doszedłem do siebie. Byłem cały spocony, ręce mi się trzęsły.
- Wojtas, co się z tobą działo? - zapytał Grzesiek, sącząc następnego browara. - Jesteśmy prawie w Bukareszcie, nie pamiętasz?
- Gdzie? - zapytałem, nie bardzo wiedząc, gdzie się znajduję.
- W Bukareszcie, mam ci przeliterować?
- Co się ze mną działo? Nic nie pamiętam. A tak w ogóle, to gdzie jedziemy?
- Po pierwsze, ta trawa nieźle cię kopnęła i miałeś konkretną korbę; myśleliśmy, że nie żyjesz - mówił Marcin. Dalej nie wiedziałem, o co chodzi. - No wiesz, od tego araba z Budapesztu.
- A poza tym - wtrącił się Grzegorz - to jedziemy do Szamesu, penetrować jaskinie, jakbyś nie pamiętał.
Wtedy wszystko sobie przypomniałem. Na szczęście to był tylko koszmarny sen. Nie wiecie, jak bardzo się ucieszyłem. Po chwili, gdy skończył piwo,
Grzesiek zapytał:
- Mówi wam coś słowo Yeekarnan?
Zamknąłem oczy i zacząłem się modlić, żeby to naprawdę był tylko zły sen.





The darkness is holding me tightly...

Cypher Aedon

aenim 21/05/2006 00:36:52 [Powrót] 'Say' sth