Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
"Uczucie zwane najsilniejszym"

...pędzą taksówki w poprzek czasu...


"Uczucie zwane najsilniejszym"


„Uczucie zwane najsilniejszym”



Cypher Aedon



Wtuleni w siebie, zasypiali powoli, ciesząc się ostatnimi wspólnie spędzonymi chwilami. Z głośników płynęły kojące melodie "The Noose", A Perfect Circle, tuląc ich do snu. Wszystkie doczesne problemy zdawały się być tylko odległymi marami, niewartymi zainteresowania. Wiedzieli jednak, że ten stan nie potrwa długo. Rano ich drogi się rozejdą. Mariusz pojedzie studiować do Krakowa, Weronika do Poznania. Tam na nowo spróbują zbudować sobie świat, takie małe oazy ciepła i bezpieczeństwa.
Postanowili zerwać ze sobą. I Mariusz, i Weronika mieli świadomość, że taki związek nie ma szans na przetrwanie. Odległość była zabójcza. Perspektywa zawarcia nowych znajomości, może czegoś więcej, była niezaprzeczalnie podniecająca. Jednak Mariusz nie mógł się z tym pogodzić. Czuł, jakby jakiś olbrzym schwycił jego małe, rozkołatane serce w pięści i bawił się nim niczym pluszową maskotką, to ściskając, to rozluźniając chwyt. I tak na okrągło. Niemal nie mógł oddychać, a słowa w ogóle nie opuszczały jego ust. Bo też co miałby powiedzieć? Że mu przykro? Że tak musi być? Że to przeznaczenie? Tylko by pogorszył sprawę. A tak, zbudzą się, uściskają na pożegnanie, bez zbędnych słów zakończą ten jakże piękny etap ich życia, życząc sobie wszystkiego najlepszego i obiecując pisać do siebie jak najczęściej. A później zapomną o sobie, jak zapomina się o mijających porach roku. Lecz nic nie jest takie proste i oczywiste, jak może się wydawać.
Blade światło księżyca przebijające się przez rzadko tkane firanki padało wprost na twarze nieszczęśliwych kochanków, ukazując ich pełne smutku oblicza. Chłopak otworzył oczy i spojrzał na swą dziewczynę. Była śliczna. Chociaż nosiła się zawsze na czarno, swoje długie po pas, proste włosy farbowała na jasny blond, kontrastując tym samym z bardzo ciemną cerą. Pięknym i pogodnym uśmiechem zarażała każdego optymizmem i dobrym samopoczuciem. Przez dwa lata nie widział świata poza nią. Choć od dawna wiedział, gdzie Weronika będzie studiować, łudził się, że to odległa przyszłość, że mają jeszcze taki szmat czasu... Jednak czas biegnie nieubłaganie. Zazwyczaj zdajemy sobie z tego sprawę zbyt późno.

Siedzieli naprzeciw siebie, dłubiąc widelcami w jajecznicy. Żaden z nich nie miał najmniejszej ochoty jeść, żołądki skurczyły im się do rozmiarów naparstka. Nie spoglądali na siebie, nie odzywali się wcale. Milczenie było aż nazbyt wymowne. Każde słowo to niepotrzebny ból. Ból, którego lepiej nie zadawać, gdyż bywają różne jego skutki. Czasem tragiczne.
Napięcie rosło w miarę zbliżającego się rozstania. Znów przytuleni, leżeli na kanapie, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w migające obrazki teledysków w telewizorze. Powietrze między nimi zdawało się gęstnieć, jakby zapadać w sobie. Tworzyła się swoista czarna dziura, przepaść odgradzająca ich myśli od siebie. Dążyli do tego, aby zmniejszyć cierpienie związane z rozłąką, lecz nie spodziewali się, że pociągnie to za sobą jeszcze większy ból. Przez ostatnie dwa lata stali się niemal jednością, myśleli i czuli to samo, nie potrzebowali nic mówić, a i tak rozumieli się doskonale. Teraz wszystko zniknie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przeklętej różdżki. Mozolna praca jednak nie pójdzie na marne. Z ich doświadczeniem każdy następny związek będzie lepszy, pełniejszy. Lecz czy taki jest możliwy, w obliczu tego, co wspólnie dokonali? Czy może być coś bardziej doskonałego? Tylko czas i ich własne uczucia będą w stanie to zweryfikować.
Mariusz chciał coś powiedzieć. Słowa cisnęły mu się na usta, po czym zamierały, odchodziły w niepamięć. Wiedział, że to bez sensu. Czuł, że nic nie jest w stanie zmienić tego, co miało dokonać się w ciągu następnych dziesięciu minut. I nic nie zmieniło.
Odprowadził Weronikę na dworzec, skąd zawsze odjeżdżała do domu. I zawsze później wracała. Lecz to był ostatni raz. Już nie wróci. Odejdzie niczym nocna zjawa, odpłynie na falach zapomnienia. Weronika bała się tego. Bała się reakcji Mariusza. Czuła, że kocha ją ponad życie. Ona też bardzo go kochała, lecz musiała wyjechać, musiała uwolnić się od ciężaru przeszłości, rozwinąć skrzydła, zacząć wszystko od nowa. A Mariusz jej w tym nie pomagał. Rozumiała to, lecz miała swoje plany, a miłość... cóż, miłość może zaczekać. Nie mogła zdawać sobie sprawy, że popełnia największy błąd swego życia, za który przyjdzie kiedyś zapłacić.
Patrzył, jak jej twarz powoli rozmywa się w oddali, kolejne wagony pociągu nikną pochłonięte przez poranną mgłę. Patrzył, a do oczu nabiegły mu łzy. Zacisnął mocno powieki. Mimo to ciężkie krople spłynęły po jego policzkach, znacząc swą drogę jasnymi szlakami. Nie chciał płakać. Przysiągł sobie, że nie będzie płakać. Ale płakał. I nic nie mógł na to poradzić. Płakał jak dziecko, któremu zabrano mamę, najważniejszą dlań istotę na świecie. Dworzec już opustoszał, toteż mógł wypłakać się do woli. Ciągle czuł jej miękki, nieskończenie delikatny dotyk, słodkie usta i ciepły, melodyjny głos, szepczący mu na ucho słowa miłości. Im dłużej o niej myślał, tym więcej łez ryło bruzdy w jego policzkach. Opanuj się człowieku, ganił się w duszy, to nie koniec świata! A przynajmniej nie całego.
Przykleiła twarz do okna, wpatrując się w malejącą sylwetkę Mariusza, stojącego wciąż na peronie. Odjeżdżała. I to na zawsze. Po raz pierwszy tak naprawdę zdała sobie z tego sprawę. I chciało jej się płakać. Nie myślała, że do tego dojdzie. Zawsze była powściągliwa w okazywaniu uczuć, lecz ta sytuacja przerosła ją znacznie. Zawsze miała w Mariuszu oparcie, takiego ziemskiego anioła stróża, który służył radą, dobrym słowem czy kojącym, pełnym ciepła uściskiem; a teraz miała go stracić. Rozum podpowiadał jej, że jeszcze mają czas, że może kiedyś, po studiach, znów się połączą, tym razem już do końca życia. Lecz serce mówiło coś zgoła innego: jeśli teraz odjedziesz, nie będzie już powrotu. Nie wiedziała, gdzie leży prawda. Zapewne pośrodku, pomyślała smutno. Odważyła się uronić łzę. Nie miała makijażu, więc nie przejmowała się, że coś się rozmaże. Jednak za pierwszą popłynęły następne. Było ich coraz więcej. Z jej gardła wydobył się cichy szloch, który z czasem przeszedł w przytłumiony płacz. Ona, która nigdy nie płakała, nawet na pogrzebach, rozkleiła się niczym dziewczynka z podstawówki, której zabrali plecak z ulubionym misiem. Lecz jej zabrano coś znacznie więcej. Cząstkę jej samej.

Mijały dni, tygodnie, miesiące. Szkolne problemy pochłaniały ich niemal całkowicie, zawarli wiele nowych znajomości, lecz w chwilach samotności nawiedzały ich wspomnienia. Wspomnienia, których tak bardzo chcieli się pozbyć. Wspomnienia niosące radość, ale i smutek. Czasem mimowolnie uśmiechali się do siebie, przypominając sobie zabawne akcenty przeszłości. Częściej jednak chowali głowy w poduszkę i starali się zasnąć.

Minęły dwa lata. Mariusz rzucił szkołę. Nie dawał sobie rady ani ze studiami, ani z samym sobą. Szukał pracy, pomieszkując u kolegów w akademiku. Nie znalazł jej jednak. I zaczęły się problemy.
Weronika była prymusem. Same najwyższe stopnie zbudowały jej opinię doskonałej studentki, a liczne znajomości udowadniały, że potrafi być też koleżeńska i życzliwa. Jednak kryła w sobie mroczną tajemnicę, o której nikt nie wiedział.

Dla Mariusza życie skończyło wraz z opuszczeniem murów uczelni. Potem została tylko egzystencja, walka o własny byt. Nie wrócił do domu, choć wiedział, że nikt złego słowa by na niego nie powiedział. Nie chciał wyjść na nieudacznika, zdanego tylko na łaskę rodziców. Musiał dojść do czegoś własnymi siłami, aby udowodnić sobie, że jest cokolwiek wart. Po prostu musiał. Pewien był, że jeśli stanie się inaczej, skończy ze sobą.

Dzień za dniem uzależniała się coraz bardziej. Nie mogła brać z domu za wiele pieniędzy, gdyż rodzice zaraz by się zorientowali, że coś jest nie tak. Została więc dziewczyną dilera. A raczej kochanką. Jej znajomi myśleli, że to również student, tyle że z innej uczelni - ubrany schludnie, o nienagannym zachowaniu, po prostu zwyczajny, budzący zaufanie człowiek. Jak większość dilerów. Nie zastanawiali się, po co zamykają się w pokoju na kilka godzin; nie pytali Weroniki, dlaczego ma takie podkrążone oczy, nieobecne spojrzenie; byli pewni, że tylko się uczą. I poniekąd mieli rację.
Jego plany legły w gruzach, kiedy nie potrafił spłacić zaciągniętego kredytu. Kredytu, który musiał zostać spłacony, gdyż to nie bank go udzielił, lecz pewien "biznesmen". Mariusz błagał go o przedłużenie terminu płatności, ale ów "biznesmen" pozostał nieugięty.
- Pieniądze albo... lepiej zdobądź te pieniądze - poradził czułym, niemal ojcowskim tonem, klepiąc chłopaka po plecach i prowadząc do wyjścia.
Mariusz się załamał. Wiedział, że ucieczka na nic się nie zda. Macki jego kredytodawcy sięgały wszędzie. Nie mając pojęcia, dokąd się udać, postanowił zaszyć się gdzieś w mieście i przeczekać "polowanie". Zmienił swój wygląd. Przestał się golić, myć, zmieniać ubrania. Został bezdomnym. Z początku myślał o powrocie do domu, ale wizja nieżywej rodziny skutecznie mu ten pomysł z głowy wybiła. Jedynie ulica stanowiła dla niego szansę przetrwania. Problem w tym, że Mariusz sam nie wiedział, czy warto odwlekać nieuniknione.

Weronika dostała dyplom z wyróżnieniem. Zaraz potem odwieziono ją na detoks. To był szok dla wszystkich. Weronika i narkotyki? Niemożliwe - odpowiedziałaby większość jej znajomych. Jednak prawda okazała się brutalna i szokująca. Przyjaciele przestali być przyjaciółmi, diler również zniknął, dowiedziawszy się o Weronice. Została sama. I nikt, absolutnie nikt nie zastanowił się, dlaczego Weronika w ogóle sięgnęła po używki. Nikogo to już nie obchodziło. A rodzice nic jeszcze nie wiedzieli.
Po pobycie w szpitalu przyjęto ją do ośrodka pod Poznaniem, gdzie narkomani uczyli się na nowo żyć bez narkotyków. Rodzicom posłała list, że wyjeżdża na staż i nie ma czasu do nich zajrzeć. Był to najcięższy okres w życiu Weroniki. Brakowało jej Mariusza jak nigdy. Codziennie płakała i wyglądała przez okno. Wiedziała, że się nie pojawi, a mimo to patrzyła. Żyła nadzieją. Trochę poprawił jej się humor, kiedy pozwolono jej dosiąść konia, jednego z tych, które mieszkały w stajni na terenie ośrodka. Poznała też kilku ludzi o podobnych jej przeżyciach i pomagali sobie wzajemnie, dzielili doświadczeniami, po prostu każdy z nich pragnął poskładać swe nędzne życie do kupy. Weronice szczególnie utkwił w pamięci starszy od niej chłopak, który przeżył śmierć kliniczną, po przedawkowaniu heroiny. Kiedy zapytała Darka, dlaczego do tego doprowadził, odpowiedział z pełną szczerością:
- Kochałem kiedyś. Kochałem, i to bardzo. Lecz miłość okazała się zgubna. Kasia, moja dziewczyna, wyjechała do USA, gdzie dostała pracę. Po roku miała wrócić i zamieszkać ze mną. Pisaliśmy do siebie listy, rozmawialiśmy często przez telefon, lecz gdy minął rok... - jego oczy zalśniły - nie pojawiła się. Posłała mi tylko list, a w nim dwa zdania. "Zapomnij o mnie. Mam kogoś innego." Zwodziła mnie przez dwanaście miesięcy, aby później zrobić coś takiego... - Otarł łzy rękawem brudnej koszuli. - Załamałem się, zacząłem pić. Później trafiłem przypadkiem na dilera i zaproponował mi działkę za darmo. Pomyślałem, że jak już umierać, to chociaż z miłymi wspomnieniami. Boże, jak ja się wtedy myliłem! Nie miałem pojęcia, że może być coś gorszego od śmierci.
- Życie na głodzie - szepnęła jakby do siebie Weronika.
- Tak. No i wylądowałem na detoksie, a później tu. Nie potrafię jednak zrozumieć, dlaczego ty tu jesteś.
Dziewczyna opowiedziała swoją historię. Nie pominęła żadnego szczegółu. I poczuła ogromną ulgę, kiedy wyjawiła swój mroczny sekret. Przeżyła jakby duchowe katharsis.
Darek spojrzał na nią ze współczuciem, po czym przytulił ją do siebie. Lecz był to braterski uścisk, nic do siebie nie czuli prócz zrozumienia. Weronika zaczęła cicho płakać.
- Jak mogliście do tego dopuścić? Sami sobie zgotowaliście ten los.
- Chciałam oderwać się na moment, spróbować czegoś nowego - próbowała się tłumaczyć - z początku łudziłam się, że po studiach wrócę do Mariusza, ale życie nie pozwoliło na to.
- Nie zmarnuj tej szansy. Następnej Bóg ci nie da. A tak w ogóle - podjął po chwili zastanowienia - co się z nim dzieje, skończył studia?
- Nie mam pojęcia - głos jej się załamał i ukryła twarz w ramionach Darka.
- Jezu, dziecino, do czego wyście doprowadzili...

Mariusz się nie mylił. Macki jego kredytodawcy rzeczywiście sięgały wszędzie.
Tylko dzięki dokumentom policja była w stanie ustalić jego tożsamość. Zmasakrowane ciało, w którym tliła się tylko iskierka życia, znaleziono na nieczynnym wysypisku śmieci. Dzięki bardzo szybkiej reakcji pogotowia Mariusz miał szansę na przeżycie. Bardzo nikłe jednak, gdyż rany były bardzo poważne i rozległe, włącznie z uszkodzeniami narządów wewnętrznych i pękniętą czaszką, ale zawsze jakieś. Po wielu operacjach zapadł w śpiączkę. Dzień i noc przy jego łóżku stała zapłakana matka, zapłakany ojciec, modląc się o jego powrót do zdrowia. Trzymali go za zimną i bezwładną rękę i odmawiali różańce. Padali z wycieńczenia, lekarz siłą chciał ich wyrzucić z pomieszczenia, gdzie leżał Mariusz, lecz jedno zrozpaczone spojrzenie załzawionych oczu matki wystarczyło. Żadne słowo nie padło, gdyż paść nie musiało. Lekarz po raz setny zdał sobie sprawę, że nie większej siły od matczynej miłości, i tylko śmierć była w stanie jej zagrozić, lecz nigdy pokonać. Rodzice Mariusza ciągle wyrzucali sobie, że pozwolili swojemu jedynemu dziecku upaść tak nisko. Zapomnieli już o Weronice i w żaden sposób nie powiązali ich rozstania z problemami swego dziecka. Nie mogli więc zrozumieć, że to głównie jej chciał udowodnić swoją wartość. Tak bardzo chciał, żeby do niego wróciła, że zaciągnął kredyt, na swoje nieszczęście u lichwiarza, aby rozkręcić jakiś interes, lecz bardzo się pomylił. Od początku mu się nie układało, a kiedy przyszedł czas spłaty długu, zniknął. Jednak ani ojciec, ani matka nie mieli o tym pojęcia. Od policji dowiedzieli się, że został brutalnie, niemal śmiertelnie pobity. Lecz i oni nie mieli pojęcia, dlaczego tak się stało. Sprawa była bardzo tajemnicza i nigdy nie miała zostać rozwiązana.

Weronika przeszukała wszystkie stare notesy, kalendarze i luźne zapiski. W końcu go znalazła. Numer telefonu do domu Mariusza. Przez jakiś tydzień nosiła się z zamiarem zadzwonienia do niego, lecz bardzo się bała. Bała się, że znalazł sobie kogoś innego, kogoś lepszego, kto nie zawiedzie w trudnej chwili, tak jak ona to zrobiła. Wahała się, dopóki nie odbyła kolejnej, tym razem ostatniej rozmowy z Darkiem. Zapytał, czy już wie, co słychać u Mariusza. Weronika wstydziła się odpowiedzieć, że nie, więc skłamała, że nie znalazła jego numeru. Darek pogłaskał ją po głowie w geście współczucia, a ona zaczerwieniła się lekko, czego chłopak nie zauważył. Może wtedy by się domyślił, że Weronika coś kręci, jednak się nie domyślił i było mu jej żal. Dzień później wyjechał z ośrodka. Pożegnał się ze wszystkimi, życząc "czystego" powrotu do społeczeństwa, po czym zwrócił się do Weroniki na osobności.
- Na pewno znasz jego adres - mówił z uśmiechem - poślij mu list, wyjaśnij wszystko, zobaczysz, że się uda. - Jego oczy zalśniły, kiedy objął szlochającą dziewczynę ramieniem. - Musi się udać. Cóż wart byłby nasz świat, gdyby miłość nie potrafiła zwyciężyć kilku problemów? Powodzenia, dziecino.
Odwrócił się i wyszedł.
Weronika jeszcze przez kilka minut wpatrywała się w niknącego w oddali Darka. Była jednocześnie smutna i zadowolona. Cieszyła się, że w końcu ułoży sobie jakoś życie, może znajdzie dziewczynę, założy rodzinę i będą żyć długo i szczęśliwie. Lecz ona pozostała sama. I sama musiała sobie poradzić z problemami.
Nie wysłała listu, nie zadzwoniła. Powiedziała sobie, że najpierw musi całkowicie oczyścić się z narkotyków, których branie pozostawia w organizmie toksysny na bardzo długo. Nie miała tyle czasu, ale póki mieszkała w ośrodku, póty z całych sił walczyła ze swoimi słabościami.
Czas jej pobytu dobiegał końca. I dopiero w ostatnim tygodniu stało się coś, co odmieniło ją na zawsze.

Mariusz powoli umierał. Wiedzieli to i lekarze, i jego rodzice. Jednak modlili się dalej, a lekarze dalej bezradnie rozkładali ręce.

Zebrano wszystkich w świetlicy. Na środek wyszedł Marcin, jeden z wolontariuszy, najdłuższy stażem. Odchrząknął. Weronika usiadła w ostatnim rzędzie. Bardzo ciekawiło ją, co też skłoniło "szefów" do tego spotkania. Nie zdarzyło się to jeszcze, odkąd dołączyła do pensjonariuszy.
- Wczoraj - zaczął Marcin - stało się coś tragicznego. - Zebrani popatrzyli po sobie, zdziwieni i zmieszani. Weronika czuła, że życia przecieka jej między palcami. Czuła, że... - Nie będę owijał w bawełnę, Darek zaćpał się na śmierć.
Uciekła. Biegła najszybciej, jak potrafiła. Tylko nie on, tylko nie on, jęczała w duszy. Łzy spływały po jej zaróżowionych policzkach wielkimi kroplami. Wpadła do stajni. Wbiegła do jednego z boksów i zatrzasnęła za sobą drzwi. Chciała być sama. Chciała wypłakać się za całe życie. On był taki młody, pełen życia, myślała zdruzgotana, to niesprawiedliwe! Miał całe życie przed sobą. Dlaczego mnie to nie spotkało?! Ja na to zasługiwałam, ale nie Darek! Pieprzony świat...
Po kilku godzinach, kiedy dopadł ją głód, a oczy nie miały czym płakać, wychyliła ostrożnie głowę zza drzwi boksu, po czym wyszła na zewnątrz. Otarła twarz rękawem, pogarszając jeszcze swój i tak koszmarny wygląd. Kiedy dotarła do kuchni, zauważyła, że minęła właśnie pora kolacyjna. Zapytała więc kucharkę, czy coś zostało. Ta, ze szczerym uśmiechem zaprosiła ją do środka i zrobiła dla niej kilka kanapek i herbatę. Weronika po raz pierwszy od kilku lat odwzajemniła czyjś uśmiech. Szczerze. Po posiłku podziękowała za wszystko, po czym poszła do Marcina. Czuła, że musi z nim porozmawiać.
Rozmawiał akurat z jednym z pensjonariuszy, lecz pamiętając reakcję Weroniki na wiadomość o śmierci Darka, podszedł do niej od razu.
- Wiadomo coś więcej? - zapytała, już pogodzona z losem swego przyjaciela.
- Zostawił list. Adresowany do... ciebie.
Dziewczyna nie mogła w to uwierzyć. Dopiero jak Darek pokazał kopertę, którą zdążyła już otworzyć policja, dotarło do niej, że to prawda. Wzięła ją ostrożnie do ręki i wyciągnęła list. Była nim pogięta kartka papieru pokryta krzywym pismem. Nie przeczytała go jednak. Postanowiła zrobić to dopiero wtedy, gdy będzie znów razem z Mariuszem.
Zaraz z rana dnia następnego wzięła słuchawkę do ręki i wykręciła numer do domu Mariusza. Serce stanęło jej w miejscu, odruchowo wstrzymała oddech. Nikt nie odbierał. Po kilku nieskończenie długich sekundach ktoś podniósł słuchawkę.
- Halo? - Weronika usłyszała głęboki męski głos. To musiał być jego ojciec.
- Zastałam Mariusza? - Ręce jej drżały, kiedy wypowiadała to imię.
Cisza. Jakby ktoś zastanawiał się nad odpowiedzią.
- A kto mówi? - spytał niepewnie ojciec Mariusza.
Zamilkła. Bała się, choć wiedziała, że musi to zrobić.
- Halo! To żart, czy jak?
- Weronika, proszę pana - odpowiedziała niemal szeptem.
Znowu cisza. Zdawało jej się, że mężczyzna chce odłożyć słuchawkę, ale w ostatniej chwili się przemógł i powiedział drżącym głosem:
- Wiedz zatem, że mój syn umiera.
- Co... - nie skończyła, gdyż ojciec Mariusza zerwał połączenie.
Boże, pomyślała rozpaczliwie, czy ja na wszystkich sprowadzam śmierć? Najpierw Darek, teraz Mariusz...
Nie wahała się ani sekundy dłużej. Spakowała się szybko i powiedziała Marcinowi, że wyjeżdża. Pożegnała się ze wszystkimi, życząc wszystkiego najlepszego. A i oni się cieszyli, widząc, że Weronika wreszcie się przemogła. Bo niby nikt nie wiedział o jej problemach, a jednak wszyscy sprawiali wrażenie, jakby wiedzieli. Nie miało to dla Weroniki jednak żadnego znaczenia.
Pobiegła na dworzec. Pierwszym pociągiem udała się do Poznania. Stamtąd pojechała do Katowic, a dalej do Bielska Białej, gdzie mieszkała, zanim wyjechała na studia. Musiała wyjawić rodzicom całą prawdę, inaczej znów wpędziłaby się w kłopoty. I wyjawiła. Z początku nie wierzyli w ani jedno jej słowo, lecz kiedy pokazała im liczne ślady nakłuć, które mimo wielu starań wciąż szpeciły jej ręce i nogi, zaniemówili. Potem rozpłakali się i wpadli sobie w ramiona. Wybaczyli sobie wszystko. Później Weronika opowiedziała historię Darka. W nią też nie chcieli uwierzyć. A kiedy dotarło do nich, że ich córka kocha Mariusza równie mocno, co Darek Kasię, zaproponowali zaraz, że ją zawiozą do niego. Nie pragnęła towarzystwa, więc wzięła samochód i pojechała sama.
Kiedy minęła granicę Pszczyny, wspomnienia powróciły nagle i niespodziewanie. Każdy widok wydawał jej się znajomy, każda twarz z kimś jej się kojarzyła. Tyle szczęśliwych chwil przeżyła razem z Mariuszem właśnie w tym uroczym mieście, że nie mogła się opanować i zatrzymała samochód. Zamknęła oczy i uspokoiła się. Wtedy zdała sobie sprawę, że przecież jej ukochany umiera... Dodała gazu i ruszyła z piskiem opon.
Zatrzymała się ponownie. Tym razem przed domem Mariusza. Budynek sprawiał wrażenie opuszczonego, zaniedbanego. Podświadomie zaniepokoił ją ten fakt. Opuściła samochód i podeszła do bramy. Chociaż wiosna już była w pełni, Weronika nie zauważyła żadnych kwiatów zdobiących przydomowy ogródek. Nacisnęła przycisk domofonu. Po chwili usłyszała:
- Kto tam?
- Znajoma Mariusza - odparła drżącym lekko głosem.
Minęło kilkadziesiąt sekund i dziewczyna była już niemal pewna, że odejdzie z kwitkiem. Wtedy zazgrzytał mechanizm elektromagnetycznego zamka i furtka stanęła otworem. Po chwili wahania, weszła na posesję, którą przecież tak dobrze znała.
Drzwi do domu otworzyły się i wyjrzała zza nich nieznana Weronice twarz.
- Dzień dobry - powiedziała dziewczyna, siląc się na uśmiech.
- Dzień dobry, proszę wejść - odparła starsza kobieta, gestem zapraszając ją do środka.
Nic się nie zmieniło, pomyślała Weronika, nic a nic. Tylko wszystko jest takie zakurzone...
- Napije się pani czegoś? - spytała uprzejmie gospodyni.
- Dziękuję, herbaty, jeśli nie sprawi to problemu.
- Nie ma obawy. To czysta przyjemność.
- Skoro pani tak twierdzi.
Kobieta zaprowadziła Weronikę do salonu. Dziewczyna znała drogę doskonale, lecz wolała się nie ujawniać. Wszystko tam było takie tajemnicze...
Usiadła na kanapie. Powróciło wtedy coś, co tak bardzo starała się kiedyś zapomnieć. Wspomnienie ich rozstania, kiedy leżeli przytuleni właśnie na tej kanapie, gapiąc się obojętnie w telewizor.
- Proszę - powiedziała kobieta, wyrywając dziewczynę z zamyślenia. Położyła na stoliku herbatę i ciastka. - A teraz, proszę mi powiedzieć, co panią tutaj sprowadza?
- Wspominałam, że jestem koleżanką Mariusza i...
- Gdyby była pani jego koleżanką - wtrąciła gospodyni - wiedziałaby pani, że od pół roku leży w śpiączce, a od tygodnia jest w stanie krytycznym i... - otarła łzę - umiera.
Weronikę ścisnęło w gardle. Serce przestało bić, a płuca tłoczyć tlen.
- Ale dlaczego? - spytała rozpaczliwie.
- Został brutalnie pobity. Nic więcej nie wiadomo. A tak w ogóle, jak się pani nazywa? - spytała po chwili kobieta, marszcząc brwi.
- Weronika.
Gospodyni chciała coś powiedzieć, bardzo chciała coś powiedzieć. Lecz nie powiedziała. Otwierała usta, ale słowa zamierały w połowie drogi. W końcu się przemogła.
- Zawsze się panią chwalił - uśmiechnęła się, mówiąc przez łzy - kiedy przyjeżdżał na święta. Opowiadał, jaka jego Weronika jest piękna, inteligentna, czuła, ciepła, po prostu doskonała. Nic nie było w stanie wpędzić go w zły nastrój, kiedy wspominał panią. Taki był szczęśliwy...
Weronika nie mogła tego znieść.
- Gdzie... - zaczęła, lecz łzy zalały jej policzek. - Gdzie jest Mariusz?
Kobieta spojrzała na nią.
- W Krakowie.
I podała jej kartkę z numerem telefonu do szpitala.
- Dziękuję - powiedziała Weronika, chowając ją do kieszeni.
- Powodzenia, dziecko.
Wybiegła z domu. Musiała zaczerpnąć świeżego powietrza. Za dużo wspomnień, za wielki ciężar. Nie mogła sobie z tym poradzić. Mariusz umierał, prawdopodobnie przez nią. Jeśli on umrze, pomyślała w rozpaczy, to ja razem z nim. I odjechała do domu.

Szpital był ogromny. Znalezienie odpowiedniej sali graniczyło niemal z cudem. I taki cud właśnie się zdarzył.
Weronika zadrżała. Wahała się jedynie przez moment, po czym nacisnęła klamkę. Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Przełknęła z trudem ślinę i weszła do środka.
Pierwszą rzeczą, które rzuciła jej się w oczy, to ciemność. Żaluzje były zaciągnięte, nie przepuszczały więc promieni wiosennego słońca. Pod oknem na wprost wejścia stało łóżko. Po obu stronach łóżka stały krzesła. Na krzesłach zaś siedziały dwie postaci, trzymające pacjenta za rękę. Z początku Weronika pomyślała, że pomyliła pokoje. Twarze obrócone w jej stronę wydawały się bardzo stare, zniszczone upływającym czasem. Zrobiła krok w ich stronę.
- Weronika - wykrztusiła kobieta, siedząca po lewej stronie łóżka. Widocznie nie wierzyła własnym oczom.
- Pani Jadwigo - odezwała się dziewczyna - czy...
- Tak, to prawda - wtrącił starszy mężczyzna, ojciec Mariusza. - Nasz syn umiera. I nic nie możemy na to poradzić.
Weronika nie wiedziała, co powiedzieć. Język uwiązł jej w gardle. Zrobiła następny krok. Wtedy dostrzegła twarz Mariusza.
- Nie... - rozpacz rozdarła jej serce - nie...
Zakryła twarz dłońmi. Nie mogła na niego patrzeć. Wspomnienia atakowały jej umysł niczym pociski, z oczu znów pociekły łzy. Tego już było za dużo, za dużo...
Wybiegła z sali. Usiadła na ławce przy ścianie i otarła policzki chusteczką.
- Dlaczego płaczesz? - dobiegł Weronikę cienki głosik. Spojrzała w górę. Mała dziewczynka, najwyżej sześcioletnia, targająca za sobą kroplówkę i misia, uśmiechała się do niej szeroko.
- Dlaczego płaczesz? - powtórzyła.
Weronika przyjrzała się tej młodej twarzyczce. Bezbronnej, niewinnej, nieświadomej niczego twarzyczce.
- Mój ukochany umiera - odparła szczerze.
- Mój też - wskazała palcem na misia, uśmiechając się dalej - coś ostatnio nie chce jeść. Muszę go karmić na siłę. A gdzie twój?
- W sali obok, leży w łóżku. Od pół roku w śpiączce - dodała smutno.
- A, Mariusz - odparła mądrze dziewczynka - znamy go wszyscy. Smutna historia.
- Jaka historia? - zainteresowała się Weronika. - Opowiesz mi?
- Nie wiem, nie znam cię.
Dziewczyna się roześmiała.
- Mam na imię Weronika.
- A ja Monika.
- To już się znamy.
- Mhm.
- Usiądź obok mnie i opowiedz, dobrze?
Monika usiadła na ławce, misia posadziła na kolanach, a kroplówki postawiła przed sobą. Skąd u takiej małej dziewczynki tyle kroplówek, dziwiła się Weronika. To nienormalne.
- Historię Mariusza opowiedział mi lekarz, pan Maciek - podjęła Monika, uprzednio poprawiając koszulę. Prawdziwa z niej kobieta, pomyślała z uznaniem Weronika. - A wszystko zaczęło się, jak zwykle, od miłości. - Dziewczynie odpłynął uśmiech z twarzy.
- Miłości? - zapytała, nie dowierzając.
- Nie przerywaj - upomniała ją dziewczynka.- Tak, od miłości. A więc, wiele lat temu Mariusz zakochał się w pewnej dziewczynie. I to z wzajemnością. Byli razem wiele lat, kochali się bardzo mocno. Lecz pewnego dnia dziewczyna musiała wyjechać...
- Gdzie? - spytała odruchowo Weronika.
- Nie przerywaj - Monika spojrzała nań surowo.
- Przepraszam.
- Wyjechała, żeby się uczyć. - Serce Weroniki zaczęło bić szybciej. - Ponieważ jego ukochana była... - dziewczynka rozglądnęła się wokół, potem przyciszonym głosem dopowiedziała: - Czarownicą.
- Czarownicą?
- Mhm. I umiała rzucać uroki - dodała szeptem. - No i właśnie jeden z nich rzuciła na Mariusza. Będzie spał, póki ona nie wróci i pocałunkiem nie zbudzi go do życia.
- Ale ja nie jestem czarownicą - uśmiechnęła się Weronika. - Nie umiem rzucać uroków.
Monika się nachmurzyła.
- To przecież tylko bajka - powiedziała, jakby starsza dziewczyna tego nie pojmowała. - Tylko nie mów tego innym dzieciom - ostrzegła. - To taka piękna bajka.
- Szkoda, że nieprawdziwa - zasmuciła się Weronika.
- Muszę już iść, wołają mnie - powiedziała Monika, po czym wstała i oddaliła się szybko korytarzem. Na moment odwróciła się i zawołała: - Każda bajka ma w sobie ziarno prawdy. - I znikła za rogiem.
Wtedy drzwi do pokoju Mariusza otworzyły się i wyszedł jego ojciec.
- Nic ci nie jest? - spytał dziewczynę troskliwym tonem. Usiadł obok niej i wbił wzrok w podłogę.
- Już nic. Rozmawiałam właśnie z taką małą dziewczynką...
- Tutaj nie ma dzieci - mężczyzna spojrzał na nią zdziwiony - to jest oddział dla dorosłych.
- Ale ona mówiła, że wszystkie dzieci znają Mariusza i jego historię...
- Chyba jesteś przemęczona.
Weronika była w szoku. Czyżbym zwariowała? Na to pytanie nie mogła sobie jednoznacznie odpowiedzieć
- Muszę zobaczyć się z Mariuszem - powiedziała, spoglądając na jego ojca. - Tylko...
- Nie wiem, co między wami zaszło, ale czuję, że macie sobie wiele do powiedzenia. - Gdy słowo "macie" opuściło jego usta, coś w nim drgnęło. Jakby na nowo poczuł nadzieję, która już dawno go opuściła. Szybko otarł łzę, płynącą po policzku. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie była to łza smutku i żalu, lecz właśnie nadziei.
Wrócił na moment do sali obok, po czym wyszedł razem z małżonką. Starsza kobieta popatrzyła przelotnie na Weronikę, posyłając jej błagalne spojrzenie. Ulecz go, mówiło, w tobie jedyna nadzieja. Po czym odwróciła się i odeszła, trzymając się kurczowo swego ukochanego.
Weronika nie czekała dłużej i powoli, ostrożnie weszła do pokoju Mariusza po raz drugi. Mimo iż wiedziała, czego się spodziewać, przeżyła szok.
Spod prześcieradła wystawały tylko głowa i szyja chłopaka oraz dłonie. Z szyi sterczała masa rureczek i kabelków, zdających się wysysać z niego życie. Mariusz nie miał w ogóle owłosienia, głowę ogolono do gołej skóry. Dziewczyna domyślała się, dlaczego. Od czubka głowy aż po lewą skroń biegła szeroka rana, pokryta świeżym naskórkiem. Czoło przecinała mu ogromna ilość mniejszych bruzd, niczym po nakłuciach nożem. A twarz... twarz miał tak zniekształconą, że Weronika początkowo mogła się łudzić, iż osoba, która leży na łóżku nie jest Mariuszem. Później dziewczyna dostrzegła coś, co nie pozostawiało wątpliwości, co do personaliów pacjenta.
Przeszła na drugą stronę łóżka. Wtedy jej oczy zauważyły mały wzorek wytatuowany za prawym uchem. Doskonale wiedziała, co przedstawiał. Delikatnie go dotknęła, po czym zaraz oderwała rękę, jakby się sparzyła. Powróciły kolejne wspomnienia. Oczyma duszy ujrzała, jak siedzą razem na sofie w salonie tatuażu, a Mariusz przegląda katalogi z grafikami. Śmiali się głośno, co chwila wskazując palcem co śmieszniejsze z nich. Chłopak nosił długie włosy, mające zamaskować tatuaż, który umyślił sobie zrobić zaraz za uchem. "To będzie nasza słodka tajemnica" - powiedział Weronice z uśmiechem.
Usiadła na krześle. Wpatrywała się tępo w Mariusza, żałując tego, co zrobiła. Żałując, że jej nie zatrzymał. Żałując, że wpadła w ten przeklęty nałóg. Żałując wszystkiego. Nawet tego, że w ogóle się urodziła.
Nagle przypomniała sobie o liście, który zostawił jej Darek w dniu swej śmierci. Przez cały czas zastanawiała się, dlaczego to zrobił. Było to tak nielogiczne i bez sensu, że nie mogła tego pojąć.
Wygrzebała gdzieś z dna plecaka pomiętą kopertę, pożółkłą już i poznaczoną licznymi plamami. Wahała się przez ułamek sekundy, po czym ostrożnie, niemal z namaszczeniem wyjęła zeń złożoną, zapisaną kartkę papieru, równie pogiętą i poplamioną, co koperta. Przyglądała się jej chwilę, po czym spojrzała na litery. Sama nie wiedziała, czemu, lecz poczuła, że powinna przeczytać to na głos. Może tak do niego dotrę? pomyślała z nadzieją.

- Weroniko, dziecino moja, nie płacz, proszę, kiedy to czytasz. - Lecz ona nie mogła się powstrzymać i łzy pociekły strumieniem po jej twarzy. - Wiem, że bardzo Cię gnębi pytanie "dlaczego?". Nie da się na nie odpowiedzieć. Tak jak i nie da się jednoznacznie określić granicy miłości. Czy już kochasz, czy jeszcze jesteś zauroczony - oto całe piękno tego uczucia. Niepewność. Jednak nie wszystko złoto, co się świeci, o czym sama doskonale się przekonałaś. - Kiwnęła głową, lecz nikt tego nie zauważył. - Miłość jest uczuciem skrajnym, prowadząc tym samym do skrajnych sytuacji. Ja, dla przykładu, pozbawiony mej ukochanej nie mogłem się odnaleźć, błądziłem w odmętach własnego zagubienia, co doprowadziło do znanego i Tobie nałogu. Mogę Cię zapewnić, że wyszedłem z tego całkowicie. - To ją zdziwiło. - "Więc co?" zapewne pytasz. Nie powiedziałem Ci całej prawdy o Kasi. Otóż, ona wróciła. I zupełnym przypadkiem dostrzegłem ją w parku. Niby nic, zwyczajna sytuacja. Lecz... nie wiem, jak to ująć. - Weronika odruchowo wstrzymała oddech. - Powiem inaczej. Kasia spacerowała w parku, towarzyszył jej jakiś mężczyzna, z twarzy porządny gość. Pchała wózek dziecięcy. Szła w moją stronę, lecz byłem pewien, że mnie nie pozna, zapuściłem brodę, nosiłem okulary. Czułem jednak, jak serce wali mi niczym opętane. Im mniej kroków nas dzieliło, tym szybciej biło. W gardle zaschło mi okrutnie, słowa bym nie wydusił, choćbym chciał. W końcu, zdawałoby się po wiecznym oczekiwaniu, nastała ta chwila i Kasia znalazła się na wyciągnięcie ręki ode mnie. Wtedy popełniłem największy błąd swego życia. Mianowicie spojrzałem do wózka. Zamarłem. Byłem w takim szoku, że inni przechodnie pomyśleli, iż mam zawał. Lecz to nie był zawał. To było bezgraniczne zdziwienie. A później żal, smutek, płacz. A wszystko temu, że w wózku leżał mój syn, podobny do mnie jak dwie krople wody. Chciałem zawołać "Kasia!", chciałem zawołać "Mój syn!", lecz nie zawołałem. Spojrzałem tylko na moją ukochaną, a ona na mnie. I wtedy mnie poznała. Natychmiast porwała wózek i pognała przed siebie. - Weronika płakała jak dziecko, próbując sobie wyobrazić, co musiał czuć wtedy Darek. - A ja, załamany, usiadłem pod najbliższym drzewem, nie mogąc się otrząsnąć. W spojrzeniu Kasi było coś lodowatego, nienawistnego, jakby oskarżała mnie, że ja jej zrobiłem to dziecko i musi się z nim teraz męczyć. Nie winiłem jej za to. Wszak to po części była prawda.
Nic jednak nie usprawiedliwia tego, co zrobiłem. Nie myśl, że szukam zrozumienia. Każdy człowiek jest inny i każdy inaczej odczuwa pewne rzeczy. Widać nie dane mi było żyć za długo.
Dam Ci jedną radę: jeśli tylko możesz, ratuj swoją miłość. Następnej szansy możesz nie mieć.
Darek.

Weronika siedziała kompletnie rozbita, nie mogąc uwierzyć w przeczytane przez siebie słowa. Nie myślała nic. Nie czuła nic. A przynajmniej się starała.
Chwyciła Mariusza za rękę. Jego dłoń była zimna, bezwładna, zupełnie pozbawiona życia.
"Każda bajka ma w sobie ziarno prawdy" - odbiły się echem w jej umyśle słowa Moniki. Co mam do stracenia? pomyślała. Nic. A zarazem wszystko.
Pochyliła się i pocałowała Mariusza. Mimo dreszczu, jaki ją przeszył, nie przestawała. Utraciwszy siły całkowicie, oderwała swe usta od jego. I wszystko na nic, pomyślała rozpaczliwie. Na nic...
Kiedy po godzinie opuściła pomieszczenie, wydawała się kompletnie bez życia. Jakby ktoś wyssał z niej całą witalność, pozostawiając pustą skorupę. Rodzice Mariusza wyraźnie się o nią martwili, a jeszcze bardziej lekarze, widząc, w jakim jest stanie.
Nie odezwała się ani słowem, minęła zarówno rodziców Mariusza, jak i lekarzy, i wyszła ze szpitala, dalej milcząc. Stojąc na parkingu i próbując jakoś uspokoić nerwy i oddech, kątem oka zauważyła w oknie na drugim piętrze znajomą twarz. Mała dziewczynka machała do niej lewą rączką, w prawej trzymając pluszowego misia. Uśmiechała się szeroko. Weronika opuściła wzrok. Kiedy spojrzała w górę ponownie, Moniki już nie było. Chyba wariuję, pomyślała gorzko Weronika. Na pewno wariuję.
Wsiadła w samochód i pojechała do domu.

Wróciła na następny dzień. Czuła, że coś jest nie tak, coś się zmieniło. Nie wiedziała jeszcze, co, lecz biegiem wpadła na drugie piętro i pobiegła dalej, do pokoju Mariusza.
Drzwi były otwarte. Serce jej zamarło. Boże, nie! Rozpacz niemal nie pozwalała jej trzeźwo myśleć. Omiotła pomieszczenie wzrokiem, lecz nic nie zauważyła. Było czyste, wysprzątane, gotowe do przyjęcia następnego pacjenta.
Wybiegła zaraz stamtąd i, nie widząc żadnego lekarza, spytała pacjenta siedzącego na ławce kilka metrów dalej, czy nie widział Mariusza.
- Zabrali go dziś rano - powiedział chrapliwym głosem, poprawiając rurkę przeszywającą jego tchawicę.
Dziewczyna nie mogła zrobić kroku. Łzy cisnęły jej się do oczu. Nie czas na płacz, dziewczyno, zrugała się. Muszę go odnaleźć, po prostu muszę...
Pobiegła przed siebie. Mijani ludzie spoglądali na nią jak na intruza, zazdroszcząc zdrowia. Gdyby jednak wiedzieli, co ją gnębi, ustąpiliby z drogi, pochylając głowy.
Dostrzegła znajomą twarz lekarza, który chciał ją zbadać dzień wcześniej. Kiedy już znalazła się przy nim, zapytała rozpaczliwie, dysząc głośno:
- Gdzie jest Mariusz?
- Na dole, w piwnicy - odparł spokojnie doktor. - I chyba czeka na panią.
- Na mnie? - zdziwiona bezgranicznie, uśmiechnęła się, po czym pocałowała lekarza w policzek i pobiegła szukać klatki schodowej.
- Ach, ta dzisiejsza młodzież - mruknęła starsza pani stojąca obok, widząc, co zaszło. - Wszędzie im się śpieszy, ani sekundy na przemyślenia, refleksje, uczucia... - pokręciła głową z niesmakiem. Lekarz uśmiechnął się lekko i poszedł dalej wypełniać swe obowiązki.
Weronika resztkami sił zbiegła po schodach. Nie musiała się zastanawiać, gdzie iść. W piwnicy było tylko kilka sal. W każdej odbywały się jakieś ćwiczenia. W ostatniej znalazła to, czego szukała. Odnalazła swego Świętego Graala, sens życia. Zamarła w pół kroku, wchodząc do pomieszczenia. Bała się, że to, co widzi, to tylko omam, kpienie losu, naigrywanie się z niej przez siły "wyższe". Na samym środku sali stał materac, a na nim leżał chłopak. Mariusz. Obok niego klęczał jakiś człowiek w białym kitlu. Na ławce po ścianą siedzieli rodzice Mariusza, uśmiechnięci, szczęśliwi. Gdy spojrzeli na Weronikę, natychmiast ją zawołali. Wahała się, czy do nich podejść. Jednak przemogła się.
- Nie wiem, co zrobiłaś - odezwał się ojciec rozpromieniony - ale dziękujemy ci z całego serca.
- I duszy - dodała pospiesznie pani Jadwiga. - To istny cud.
- Jeszcze jest bardzo osłabiony, jego reakcję są opóźnione, lecz z czasem będzie znów naszym kochanym Mariuszem - rozpłakał się, trzymając swą żonę za rękę.
Weronika również nie mogła powstrzymać łez. To było tak niewiarygodne, tak nieprawdopodobne, tak niesamowite...
Nie mogła się powstrzymać i podeszła do swego ukochanego. Spojrzała na terapeutę w białym kitlu, a ten skinął głową i się odsunął. Zrozumiał.
Drżała na całym ciele, kiedy oczy Mariusza spoczęły na jej twarzy. Uklękła przy nim. Nie miał siły, by podnieść rękę, a bardzo tego pragnął. Chciał dotknąć jej wilgotny policzek, aby uwierzyć, że to nie kolejny twór śpiączki. Nagle ona chwyciła jego dłoń i mocno ścisnęła. Poczuła, że życie na nowo zaczyna płynąć w jego żyłach. Patrzyli na siebie, a linie ich życia na nowo zaczęły się do siebie zbliżać, powoli, spokojnie, lecz nieustannie. Kiedy się przecięły, połączyły i zlały w jedno, Weronika powiedziała:
- Nigdy, przenigdy cię nie opuszczę.
I pocałowała go z całą namiętnością, na jaką było ją stać. Objęła go ramieniem, a jej łzy spływały po policzku Mariusza, mieszając się z jego własnymi. Pragnął powiedzieć, jak bardzo mu jej brakowało, lecz nie mógł słowa z siebie wydusić. Westchnął głośno, kiedy oderwała się od niego. Uśmiechnął się, ignorując spowodowany tym ból, a Weronika odwzajemniła uśmiech.
W drzwiach pojawiła się mała dziewczynka. Nikt jej nie widział, gdyż tak naprawdę to jej tam nie było. Zadowolona, pogłaskała swego pluszowego misia, przesunęła na bok kroplówki, odwróciła się i poszła korytarzem, by dalej wypełniać swe obowiązki.

Rok później Mariusz wrócił do pełni sił, a i Weronika uwolniła się już całkowicie od toksyn. Dostała pracę w Pszczynie, jako tłumaczka, i zamieszkała razem ze swoim narzeczonym, który otworzył sklep z telefonami komórkowymi, na który pieniądze wyłożył ojciec Weroniki w ramach prezentu ślubnego, jak sam to określił. Odwiedzała jednak rodziców regularnie, nie chcąc, by czuli się w jakikolwiek sposób poszkodowani, szczególnie po tym, jak ich oszukiwała przez trzy i pół roku studiów. Zapomniała już niemal zupełnie o narkotykach, odwyku i pobycie w ośrodku pod Poznaniem. Jednak przeszłość nie zapomniała o niej.
Jedli właśnie śniadanie, kiedy zadzwonił telefon Weroniki. Zdziwiła się trochę wczesną porą, lecz wyciągnęła go z kieszeni i odebrała.
- Halo?
- Pani Weronika? - odezwał się melodyjny, kobiecy głos.
- Tak, a o co chodzi?
- Podobno znała pani Darka.
Weronikę zamurowało. Spojrzała na Mariusza. Nie wiedział, o co jej chodzi.
- A jak ma pani na imię?
- Katarzyna.
Mariusz znał historię Darka, jak również wszystkie inne fakty z życia swej narzeczonej. Już na początku ustalili, że nie będą mieli przed sobą żadnych tajemnic, i słowa dotrzymali. Jednak ta wiadomość zdumiała go wielce.
- A co chce pani wiedzieć o Darku? - spytała Weronika spokojnym tonem, skrzętnie maskując emocje.
- Chciałabym wiedzieć, co się z nim dzieje - odparła drżącym, niepewnym głosem Katarzyna.
Weronika przekazała to Mariuszowi. Ten spojrzał na nią w osobliwy sposób. Zrozumiała. Miała wielką ochotę to zrobić, zranić tą kobietę dogłębnie, zniszczyć jej życie, tak jak ona zrobiła to Darkowi, lecz wzrok Mariusza mówił jasno: dość już cierpienia, gdyż do niczego ono nie prowadzi prócz nienawiści - najpierw do samego siebie, później do innych, na końcu do całego świata, a za tym idą największe tragedie - alkoholizm, narkomania, samobójstwa. Dziewczyna zrozumiała i powiedziała:
- Darek wyjechał za granicę, znalazł pracę w Anglii. - Z trudem przebrnęło to kłamstwo przez jej ściśnięte gardło. Lecz to, co miała zamiar dodać, było jeszcze trudniejsze do powiedzenia. - Za dwa miesiące ma się żenić. - Zamknęła oczy. Nie chciała patrzeć na Mariusza w obliczu tego kłamstwa. Jak tylko przypomniała sobie list Darka, z oczu znów pociekły jej łzy.
- Dziękuję pani, naprawdę - w głosie kobiety było słychać wyraźną ulgę. - Jeszcze raz dziękuję.
Odłożyła słuchawkę.
- Oby Bóg mi to wybaczył - szepnęła do siebie Weronika.
- Już to zrobił - uspokoił Mariusz, po czym podszedł do swej ukochanej i objął ją. Nic więcej nie powiedział.



aenim 21/05/2006 00:40:32 [Powrót] 'Say' sth