Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
"Krawędź"

...pędzą taksówki w poprzek czasu...


"Krawędź"





Krawędź




Szkarłat zachodzącego słońca poznaczył skalistą dolinę Ansar, budząc ponownie do życia zaległe w niej cienie. Ciężkie, burzowe chmury przetoczyły się północną ścianą nieba, niosąc gwałtowne załamanie pogody. Po chwili, jakby znikąd, zerwał się silny wiatr, zimny i przenikliwy, niszczący skaliste podłoże od tysięcy lat. Wył ponuro i doniośle, pokonując otwarte przestrzenie i niezwykle rozbudowany system jaskiń, zaś świszczał cienko i przeraźliwie, lawirując niczym wąż między erodującymi formami skalnymi na dnie Ansar. Nim linia horyzontu całkiem zakryła zachodzącą gwiazdę, brunatne cumulusy dominowały już na widnokręgu. Z czasem, gdy wicher nieco przycichł, zaczęło mżyć. Drobniutki, niewinnie wyglądający, zdawałoby się całkowicie niegroźny kapuśniaczek nadspodziewanie szybko odwrócił swe łagodne oblicze. Znikome kropelki ustąpiły miejsca wielkim i ciężkim kroplom, gęsto siekącym z nieba. Uderzały o wygładzony wiatrem grunt z głuchym dudnieniem, przywodzącym na myśl przemarsz piechoty. Piaszczyste gdzieniegdzie podłoże łapczywie wchłaniało wodę, błagając wciąż o więcej. Kilka minut później nie pozostał po ulewie żaden ślad. Nagrzane ściany kanionu wyparowały całą wilgoć, zaś ziemia wpiła należną sobie część. Burza minęła, choć trwała niewiele ponad kwadrans. Nisko wiszące chmury popłynęły dalej na południe, w stronę Amarr, największego miasta na Arteusie. Wraz z ich zniknięciem pojawiły się pierwsze gwiazdy, nieśmiało migoczące na czystym, wieczornym niebie, oraz oba księżyce: błękitny - Sarge i purpurowy – Xavienne. Pod kołderką księżycowej poświaty Ansar z wolna zapadała w sen. Umilkły wszelakie dźwięki wydawane przez dzikie zwierzęta, odeszło gdzieś przerażające zawodzenie wiatru, zanikło dudnienie uderzającej o skałę wody. Grobowa cisza, mącona tylko co jakiś czas cichutkim świergotem, zapanowała niepodzielnie nad doliną. Zdawało się, że cała natura zamarła w oczekiwaniu. W oczekiwaniu na kolejny przejaw „łaskawości” nieba.


Czerwiec, 132r.

Ostre, groźnie sterczące z podłoża skały, gwałtownie urywające się krawędzie, ruchome piaski, zapadający się grunt, bezdenne studnie świadczące o burzliwych pradziejach planety czy wreszcie schodzące się ku niebu ściany kanionu, kształtem przypominające odwrócony stożek – to wszystko sprawiało, iż dolina przez długi czas pozostała niezbadana, żadna ludzka stopa nie stanęła na jej dnie i nikt dotychczas nie wyrzekł chwalebnych słów odkrywcy: „Oto ja, jako pierwszy człowiek na Arteusie, przebyłem Ansar!”.
Owego - w opinii wielu niewykonalnego - zadania podjął się pewien młody eksplorator, imieniem Archie Baker, nieznany bliżej żadnemu z uznanych naukowców, świeżo upieczony magister geografii kosmosu, ledwo co przybyły z Anae. Nieopierzony dwudziestokilkulatek poprzysiągł całemu światu, iż cel – do tej pory nieosiągnięty - osiągnie. Reakcja uznanych naukowców była łatwa do przewidzenia – wyśmiano go, z politowaniem kręcąc głowami i pukając się w czoło. Archie, jak równie łatwo przewidzieć, nie przejął się niczym i też pokręcił głową z politowaniem oraz popukał się palcem w czoło, jednakowoż z powodu całkiem odmiennego niż uznani naukowcy. Po zakończeniu kilkuzdaniowej dyskusji, nazwał ich bandą zatwardziałych ignorantów o skostniałych umysłach, po czym, jak gdyby nigdy nic, wyszedł z sali wykładowej i udał się do hotelu Five Star, jego tymczasowego domu. Chociaż miał on w nazwie pięć gwiazdek, nie wart był ani jednej. Tam, ochłonąwszy trochę, młodzieniec zabrał się za przygotowania do eskapady. Od momentu opuszczenia liniowca czuł, że wstępuje w niego nowe życie, jakaś nieznana siła, którą tylko należało dobrze ukierunkować, aby przyniosła nadspodziewany skutek. Archie nazwał to motywacją i natchnieniem w jednym. Nawiedzało go to niezwykle rzadko, dlatego zabrał się do pracy z wielkim zapałem. Mozolnie przeglądał mapy i starodruki, zdjęcia satelitarne, orientacyjne szkice przebiegu fal ziemi, obrazy w podczerwieni i prześwietlenia rentgenowskie oraz mnóstwo innych schematów, planów, rysunków, a nawet reprodukcje obrazów okolicznych malarzy. Nic nie mogło umknąć jego uwadze, żaden drobiazg nie śmiał być pominięty, gdyż kosztem takiego zaniedbania byłoby życie. Jego życie. A skoro miał tylko jedno, kurczowo się go trzymał, nie pozwalając sobie na najdrobniejszy bodaj błąd.
Minął tydzień. Siedem długich, upalnych dni oraz siedem jeszcze dłuższych, równie gorących i na dodatek nieprzespanych nocy. Oczy same zamykały się nad wydrukami, ręce bezwładnie opadały na biurko, głowa kiwała się bezcelowo. Tylko wizja pionierskiej wędrówki, stająca się powoli obsesją, utrzymywała Archiego na nogach. Od nagłego przypływu ogromnej ilości danych męczył go ból głowy. Próbował przewidzieć warunki atmosferyczne, w jakich przyjdzie mu przemierzać Ansar. Szalały tam bardzo groźne burze piaskowe, wywoływane zderzeniami różnych mas powietrza docierających do doliny - te od południa były znacznie cieplejsze od przybywających z północy. Nierzadko nawiedzały ją ulewne deszcze, padające wiele dni, a czasem i tygodni. Co jakiś czas przychodziła susza, wysysająca każdą kropelkę wody. Wszystko to stanowiło jedynie przedsmak prawdziwego oblicza dzikiej doliny, jednakże o tym nie pisano w raportach meteorologów ani nie ujmowały tego zdjęcia satelitarne czy też rentgenowskie. Ponieważ, jak to zwykle bywa, najdziwniejsze pozostało niewidoczne.


Ósmy czerwiec, 132r.

Gdy nadszedł dzień wyjazdu w masyw De Oiad, Archiego nagle ogarnął tajemniczy niepokój. Jakaś nieokreślona nerwowość kierowała jego poczynaniami, prowadząc nieraz do przedwczesnych wniosków. Kierowany impulsem, pobiegł do biblioteki. Coś nakazało mu sprawdzić, czy w jej archiwach znajdują się wycinki z prasy, wspominające poprzednie wyprawy do Ansar. Uznani naukowcy usiłowali mu wmówić, że takowych nie było, usiłowali go przekonać, że to gra niewarta świeczki ani dla niego, ani dla całej nauki. Nie ma tam nic wartościowego! grzmiały głowy zatwardziałych umysłów. Po co się pchać na pewną śmierć? O samobójcach przecież nikt nie pisze z poważaniem.
Młody geograf przejrzał wszystkie zapiski traktujące o dolinie. Wczytywał się w stare, pożółkłe strony, z trudem rozróżniając wyblakłe litery. Nie przeszkadzało mu to jednak, gdyż kierowały nim natchnienie i motywacja. Przesuwając tackę skanera po raz chyba tysięczny, kątem oka dostrzegł intrygujący tytuł: „Ansar się trzęsie”. Pogmerał szybciutko w swych zapiskach, pomyślał chwilkę i połączył fakty. Kanion, czyli najwęższa część doliny, biegł wzdłuż linii styku dwu płyt tektonicznych: kontynentu Wschodniego oraz Zachodniego. Jeśli dobrze zinterpretować tę informację, istniało prawdopodobieństwo, że pod ziemią, a konkretnie w wypiętrzonych warstwach skalnych znajdują się skamieliny prastarych gatunków zarówno fauny, jak i flory. Młodzieniec uśmiechnął się do siebie, wyobrażając sobie miny uznanych naukowców, gdy natrafi na te okazy, skataloguje je i – przede wszystkim – nazwie. Szybko jednak powrócił do rzeczywistości i szperał dalej pośród tysięcy skanów. Niemal stracił nadzieję na odnalezienie kolejnej istotnej informacji, gdy nagle jego oczy spoczęły na złowrogo brzmiącym nagłówku: „Kolejna ofiara przeklętej doliny”. Z ciężkim sercem przesunął obraz tejże strony w dół, gdzie znajdowała się dalsza część artykułu. Czytał, chociaż uparcie wierzył, że to pomyłka bądź dziennikarski chochlik.
„Dziesiątego lipca, roku sto dwudziestego drugiego straciliśmy przyjaciela, ojca i męża. Alexander Wick, znany paleontolog, archeolog i grotołaz wyruszył w swą, jak się okazało, ostatnią podróż. Jako cel obrał sobie Ansar, najdzikszą i najbardziej tajemniczą dolinę na Arteusie. Wraz z czterema pomocnikami udał się w owe przeklęte miejsce, by penetrować jaskinie, podziemne tunele i bezdenne studnie. Był bardzo podniecony wyjazdem i zupełnie zignorował zalecenia przyjaciół - członków koła naukowego na miejscowym uniwersytecie – którzy odradzali mu podobną wyprawę z uwagi na niską jej wagę naukową. Alexander uważał jednak, iż wszystko „dzikie” winno zostać zbadane, chociażby dla własnej satysfakcji czy – nieraz wygórowanej – ambicji. Postąpił według własnej woli i dziesiątego dnia lipca odleciał na północ, kierując się ku Ansar. I chociaż zabrał ze sobą satelitarny telefon, a w sobie miał wbudowany nadajnik, żaden sygnał do Amarr nie dotarł. Po dziesięciu dniach uznano go za zaginionego, a po kolejnych dziesięciu za nieżywego. Niech to będzie przestrogę dla podobnych jemu śmiałków.”
Archie przeczytał tekst dwa razy. Był przekonany, że oni nie zginęli. To samo uczucie, które kazało mu udać się biblioteki, teraz kazało mu wierzyć, że grupa Wicka żyje. Owo dziwne przeświadczenie towarzyszyło mu w drodze do hotelu, kiedy to przemyśliwał wszystkie fakty od początku. Nie był już taki pewien swej decyzji, ale odwołać też jej nie mógł. Straciłby honor, naukowy prestiż, który miał dopiero osiągnąć, a nade wszystko - w swoich oczach okazałby się tchórzem. Przełknął gorzko ślinę, po czym drzwi jego tymczasowego domu otworzyły się z cichym szelestem.
Wpatrywał się w lustro, rozmyślając o przyszłości i goląc się jednocześnie. Była to czynność, której nienawidził, gdyż zabierała zdecydowanie za dużo cennego czasu. Lecz pośpiech również był niewskazany. Rany na twarzy nie dość, że szpeciły, to na dodatek przeszkadzały przy kolejnym goleniu.
Twarz jego miała trupiobladą barwę, a szare oczy gnieździły się w podkrążonych oczodołach. Zapadnięte policzki zdawały się należeć do bardzo chorej osoby, zaś spękane wargi przywodziły na myśl spędzone dnie na upalnej pustyni. Jego chlubą i znakiem rozpoznawczym były kruczoczarne włosy, w młodszych latach sięgające pasa, a obecnie tylko ramion. Nosił je związane w staranny kucyk, rzadko kiedy rozpuszczając.
Uśmiechnął się do siebie. Będzie dobrze, rzekł w duchu, będzie dobrze...

Dzień miał się już ku końcowi. Słońce powoli zmierzało w stronę horyzontu, by udać się na zasłużony odpoczynek, ulice pustoszały, a w mieszkaniach rozpalano pierwsze światła.
Zabudowę Amarr stanowiły głównie kilkupiętrowe kamienice w stylu neo-renesansowym. Pastelowe kolory elewacji, bogato zdobione gzymsy, okiennice, balkony czy rzeźbione na kształt smoków rzygacze, spełniające jednak tylko dekoracyjną funkcję. Wszystkie te elementy połączone w całość sprawiały, że miasto zdawało się żyć we własnym czasie, własnej epoce. Tłumy turystów ściągało corocznie do Amarr, by podziwiać owe cuda architektury. Archiego nic one nie interesowały i przechodził obok kamienic obojętnie, traktując je jak każdy inny budynek mieszkalny. Nic nie przykuwało jego wzroku na dłużej niż kilka sekund, za wyjątkiem pięknych dziewcząt, półnago opalających się na niewielkich balkonach, z nogami przewieszonymi przez kamienną balustradę. Mijała minuta, fascynacja kobietą mijała i młodzieniec szedł dalej brukowaną aleją.
Granitowa kostka była bardzo twarda, co ujemnie wpływało na jego samopoczucie, szczególnie, że targał ze sobą pokaźny bagaż, w postaci przeładowanego plecaka, zwisającej z niego zapasowej pary butów, również przeładowanego plecaka, tyle że przytroczonego z przodu, oraz dwóch podróżnych toreb - pełnych przeróżnych bibelotów, mogących się w owej śmiałej wojaży przydać - które dzierżył w dłoniach, utrzymując dzięki nim względną równowagę. Tak objuczony, resztkami sił dociągnął do dworca. Zakupił bilet do Marhakam, niewielkiej mieściny w De Oiad, gdzie znajdowała się baza wypadowa wszelkich eskapad. Masyw ów słynął z wielu dziesięciotysięczników, dla zdobycia których wielu alpinistów poświęciło życie. W światku wspinaczy stał się swoistą mekką, a na cześć najwyższych gór na Ziemi nazwano go Nowymi Himalajami. Młodego magistra geografii nie pociągała jednak karkołomna i niebezpieczna wspinaczka na ośnieżone szczyty, lecz równie karkołomna i znacznie bardziej niebezpieczna przeprawa doliną Ansar. Oczywiście, musiał powrócić do Amarr żywy, tak na duchu, jak i ciele, aby dowieźć, iż owa przeprawa w ogóle miała miejsce. Nie miał najmniejszego zamiaru zostać ledwie wzmianką w gazecie, głoszącą na dodatek jego zaginięcie czy – aż strach pomyśleć - zgon.

Poduszkowiec sunął miękko podziemnym tunelem; jego antygrawitacyjne silniki pracowały bezszelestnie, nie przeszkadzając pasażerom. Archie siedział sam w przedziale i w błękitnym świetle jarzącego się abraxu przeglądał swe notatki, rozrzucając je na wszystkie siedzenia. Co chwila przygryzał w stresie paznokcie, a nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło. Oczy miał przekrwione i – co zdało się niemożliwe - jeszcze bardziej podkrążone. Rozbiegane spojrzenie przerzucał to na jedną kartkę, to na drugą, to znów na inną. Postronny obserwator rzekłby, iż młodzieniec traci zmysły czy też popada w jakąś maniakalną psychozę. Co gorsza, nie odbiegało to wiele od prawdy. Patrząc na jego ubranie - wymiętą koszulę z krótkim rękawem, która niegdyś była jasnozielona, ale „dziwnym trafem” wyblakła; wytarte spodnie z mnóstwem kieszeni, w przeszłości posiadające granatową barwę; no i zużyte buty, typowe dla eksploratorów, z wysoką cholewką i twardą, gdzieniegdzie podziurawioną podeszwą - trudno nie wysunąć wniosku, iż zapomniał on o elementarnych zasadach schludności i estetyki, burząc tym samym odwieczną tradycję, zgodnie z którą każdy szanujący się podróżnik nigdy nie szedł na wyprawę w starym, nadgryzionym zębem czasu i wielu zwierząt ubraniu. Wizja badania niezbadanych i odkrywania nieodkrytych skutecznie przekształciła jego postrzeganie rzeczywistości. Liczył się tylko cel, a droga do niego znaczenie miała najwyżej drugorzędne.
Marhakam przywitał Archiego bezchmurnym niebem, na którym wyróżniały się Sarge i Xavienne, a tło stanowiły miliardy znanych i nieznanych gwiazd, gwiazdeczek i planet. Młodzieniec zadrżał, wysiadając z poduszkowca. Temperatura była wyraźnie niższa niż w Amarr, a od północy dął przenikliwy wiatr, potęgujący wrażenie zimna. Szybko narzucił wełniany sweter, po czym obładował się na nowo bagażem.
Miasto było bardzo specyficzne. Niskie, rozłożyste domy budowano z kamienia i drewna, a ulice wysadzano ociosanym brukiem. Gdzieniegdzie przetykano go abraxem, dzięki któremu latarnie stały się zbędne. Potrafił on zmagazynować przez dzień tyle światła, że wystarczało na całą noc, a i rankiem, o świcie, kiedy słońce ledwo muskało granicę horyzontu, a na niebie przeważała jeszcze szarość, ulice zdawały się magicznymi szlakami wiodącymi ku przeznaczeniu. Te swoiste „rzeki błękitu” nieraz zrywały ze snu ciekawskich turystów, pragnących podziwiać ów cud natury. Jednak dla zziębniętego, niewyspanego, głodnego i zestresowanego Archiego nie sprawiało różnicy, czy światło dochodzi z lampy nad głową, czy też z kamieni powtykanych w nawierzchnię. Pragnął jedynie dotrzeć do hotelu, zjeść coś, po czym odespać tydzień przygotowań, aklimatyzując się w międzyczasie do nowych, górskich warunków. Czuł w płucach rozrzedzone powietrze, utrudniające swobodne oddychanie. Sen, pomyślał, to najlepsze lekarstwo na moje dolegliwości.
Hotel zwał się Przełęcz, co dobrze obrazowało jego ulokowanie. Z okna zachodniej ściany nie dało się dostrzec dna doliny, panowała tam wieczna mgła, a z okna wschodniej w ogóle nic nie było widać. Niskie chmury, w połączeniu ze znaczą różnicą wysokości skutecznie ograniczały widoczność. Szczęśliwie dla młodego geografa, Ansar zaczynała się niedaleko na południe, ale klimat był już tam zupełnie inny. Jednakże należało uprzednio tam dotrzeć, a górski szlak do łatwych nie należał.


Dziewiąty czerwiec, 132r.

Obudził się po szesnastu godzinach. Bezlitosne promienie zachodzącego słońca wdzierały się przez odsłonięte okno, padając wprost na wymizerowaną twarz młodzieńca. Oślepiony ich blaskiem, zmusił się, by wstać i opuścić żaluzję. Przez moment przyglądał się panującej w dole mgle, lecz oczy buntowały się przed nadmiarem światła, szczypiąc i łzawiąc obficie, toteż szybko przesłonił okno i powrócił do łóżka. Lecz nie dane mu było zasnąć ponownie.
Nim odpłynął w świat sennych majaków, posłyszał pukanie.
- Kto tam? – zapytał chłodno, zdenerwowany, że ktoś śmiał przerwać jego odpoczynek.
- Najmocniej przepraszam – dobiegł go cichy głosik zza drzwi – ale doszły mnie plotki, że wybiera się pan do Ansar.
- I co z tego?
- Pragnąłbym z panem porozmawiać.
- A po co? – usiadł na skraju łóżka i zmarszczył brwi, wyczuwając jakiś podstęp.
- Mam pewne informacje.
Archie przemógł się. Wstał, wskoczył szybko w spodnie, narzucił niedbale koszulę i podszedł do drzwi. Kiedy otworzył, zmarszczył brwi jeszcze bardziej, gdyż nikogo tam nie było. Zajrzał w lewą odnogę korytarza, w prawą, lecz żaden ślad po przybyszu nie pozostał. Przypadkiem zerknął w dół, jakby szukając odbić stóp na podłodze, lecz i tych nie było. Był za to list. Wciśnięta pod próg, niebieska koperta znacząco wyróżniała się na tle brązowej wykładziny. Wprost nie dało się jej nie zauważyć, a jednak dostrzegł ją zupełnym przypadkiem. Rozejrzał się jeszcze raz, bacznie nasłuchując, czy ktoś nie nadchodzi bądź ucieka, po czym podniósł list i wsunął za koszulę.
Z ciężko bijącym sercem usiadł przy stoliku i położył nań niebieską kopertę. Długo się zastanawiał, czy otworzyć. Różne mroczne myśli nawiedzały jego umysł, podsuwając nieraz absurdalne pomysły, co do jej zawartości. Westchnął przeciągle i zręcznie list wysunął. Była nim złożona na cztery części kartka papieru. Kiedy ją rozłożył, oczom jego ukazał się widok niesamowity, jednocześnie mrożący krew w żyłach i palpitację serca wywołujący. Archie zbladł, co wydało się niemożliwe, zważywszy na trupią barwę jego cery, a ciało przeszył chłód. Lodowaty dreszcz spłynął wzdłuż kręgosłupa, mięśnie napięły się przypływie zimna, a twarz stężała. Młodzieniec zamarł w bezruchu, tępo wpatrując się w kilka linijek drobnego, pisanego piórem tekstu. Ów tekst stanowił listę osób. Sześć imion, sześć nazwisk. Alex Mitchell, Sam Berezny, Walter DeMoon, Samuel Zelazny oraz Alexander Wick. Jednak nie to było najgorsze. Przełknął gorzko ślinę, walcząc z napływającym strachem. Ponieważ szóstą osobą był on sam, Archie Baker. Obok nazwiska stał pytajnik. Młodzieniec zrozumiał, że kryje się za tym wielka intryga, uknuta na przestrzeni dziejów. Poczuł się niepewnie. Próbował jakoś skojarzyć fakty, lecz żaden sensowny wniosek nie objawiał swego istnienia. Najpierw profesorkowie, myślał w skupieniu, później ten artykuł, potem dziwna osoba za drzwiami, a na końcu to – spojrzał na list – o co w tym w ogóle chodzi? Pogmatwane jak jasna cholera.
Położył się na łóżku i wpatrywał w sufit. Z zadumy wyrwało go kolejne pukanie. Nerwowo zaczął szukać listu, by schować go przed natrętem. Zupełnie zapomniał, iż wsunął go pod poduszkę. Ponownie ktoś zastukał. Uspokojony odrobinę, Archie podszedł do drzwi i uchylił je nieco, wcześniej zakładając nań łańcuszek, jakby miało się okazać, że to morderca czy ktoś w tym rodzaju.
- Witam pana – szeroki uśmiech przeciął pomarszczoną twarz nieznajomego, niskiego mężczyzny w podeszłym wieku. Był całkiem łysy, jednak mocno opalony. Za duży płaszcz, spięty kilkoma staromodnymi guzikami, wisiał na nim jak worek. Rąk mężczyzny nie było widać spod szerokich rękawów. Nie budzi zaufania, pomyślał Archie, spoglądając podejrzliwie zza rogu.
- Witam, o co chodzi?
- Z pewnych źródeł – zaczął cicho nieznajomy, rozglądają się nerwowo wokół – dowiedziałem się, że wyrusza pan do Ansar.
- A co? – młodzieniec stał się podejrzliwy, spisek mógł być zakrojony na szerszą skalę, niż przewidywał.
- Chciałbym z panem porozmawiać odnośnie tej wyprawy.
- Ale nie wiem, czy ja chcę.
- Oj, będzie pan chciał, będzie – odparł, tajemniczo się uśmiechając. - Jeśli tylko pan mnie wysłucha – dodał, spoglądając wymownie na dyndający w powietrzu łańcuszek łączący drzwi z ościeżnicą.
Archie wpuścił nieznajomego do ciemnego pokoju i wskazał miejsce przy stoliku.
- Jak mam się do pana zwracać? – zapytał, zajmując krzesło naprzeciwko.
- Gus wystarczy w zupełności.
- Podejrzewam, że mnie znasz, Gus.
- Tak, nie omieszkałem zapytać.
- To mów mi Archie, jak wszyscy. - Starzec skinął głową. - A więc, o co chodzi z tą doliną, że wszyscy tak nagle chcecie ze mną rozmawiać?
- Jacy wszyscy? – Gus zmarszczył czoło, wyraźnie zmieszany.
- Wcześniej odwiedził mnie pewien jegomość, lecz zdążył uciec, nim otworzyłem drzwi.
- To dziwne.
- I niepokojące.
- Myślałem, że tylko ja wiem o twoich zamierzeniach, ale widać oni nie są w ciemię bici.
- Jacy oni?
- Agenci.
- Jacy znów agenci?! – uniósł się Archie.
- Może Federacji, a może nie – odparł tajemniczo.
- A co ona ma do doliny? – zdumiał się wielce młodzieniec.
- Tego nie wiem, ale znajduje się tam coś, co ich przyciąga ją magnez, a jednocześnie odpycha.
- Nie rozumiem.
- Nie przejmuj się, ja też.
Zapadła niezręczna cisza, w czasie której usiłowałem rozwikłać tę dziwną zagadkę.
- Radziłbym – odezwał się cicho Gus – abyś poniechał tej wędrówki.
- To niemożliwe – uciął krótko Archie.
- Zrozum...
- Nie, to ty zrozum – nachylił się nad stolikiem, niemal dotykając twarzy starca – planowałem ten wyjazd od czasu, gdy w ogóle dowiedziałem się o Ansar, a to stało się na pierwszym roku studiów. Pięć lat czekałem, pięć długich lat, aby spełnić swe marzenie. I nikt – cedził słowa powoli i dobitnie, zaciskając zęby - absolutnie nikt mi w tym nie przeszkodzi.
Po chwili uspokoił się, powrócił na miejsce i mierzył starca lodowatym spojrzeniem.
- Widzę, że nic nie wskóram – powiedział cicho Gus.
Archie milczał.
- Kiedy planujesz wyruszyć?
- Może jutro, może pojutrze – odparł wymijająco, wzruszając ramionami.
- Jak chcesz. Ja tylko chciałem pomóc.
- Miałeś powiedzieć, co wiesz o dolinie – przypomniał młodzieniec.
- No właśnie. A co chcesz wiedzieć?
- Wszystko.
- Pominę jej położenie, pewnie znasz je doskonale. - Archie lekko skinął głową. - Ansar od momentu nadania jej nazwy owiana była legendą...
Ciche pukanie do drzwi przerwało jego wypowiedź.
- Kto tam? – zapytał chłodno młody magister geografii.
- To ja – odparł znajomy głosik.
Zniewolony strachem Archie, nie mógł słowa z siebie wydusić. Rzucił Gusowi rozpaczliwe spojrzenie.
- Wpuść go – powiedział uspokajająco.
- Co?
- Zrób, co mówię.
Na chwiejnych nogach, ledwo nimi powłócząc, dotarł do drzwi. Z ciężkim sercem nacisnął klamkę. Odchylił się zaraz na bok, uprzedzając możliwy atak. Nic takiego nie nastąpiło. Gdyż nikogo już tam nie było. Znów ta przerażająca pustka zionęła w korytarzu, a martwa cisza zdawała się być nienaturalnie prawdziwa. Archie gorzko przełknął ślinę i spojrzał na podłogę. List. Tym razem koperta była czerwona. Zatrzymał rękę w połowie, bojąc się go podnieść. Jestem odważny, wmawiał sobie w duchu, i nic mnie nie powstrzyma...
Nie wybuchło mu w ręce, odetchnął więc z ulgą. Wsunął list za koszulę, rozejrzał się po raz kolejny - korytarz sprawiał wrażenie wyludnionego kompletnie - po czym wrócił do pokoju.

Myślał, że nic gorszego od tej listy nie może się mu przytrafić. Był w błędzie, dużym błędzie.
Usiadł na powrót przy stoliku, po czym rzucił nań list. Popatrzył przelotnie na Gusa, dziwnie milczącego.
- Mój Boże!!! – krzyknął przerażony i wywrócił się razem z krzesłem, usiłując uciec jak najdalej od tego upiornego widoku.
Serce jego biło jak szalone, tłocząc krew do mózgu pod ogromnym ciśnieniem, niemal go rozsadzając. Ręce zaczęły mu się trząść, zęby dzwonić, dziwne szumy rozległy się w uszach. Archie leżał na podłodze, drżąc na całym ciele i powoli zbierając myśli. Choćby chciał, nie dałby rady wstać i pognać na policję. Zresztą i tak nikt by mu nie uwierzył, a zapewne wylądowałby w zakładzie dla obłąkanych.
Minęło kilka długich minut. Widok twarzy starca odpłynął sprzed oczu młodzieńca. Postanowił wstać i przyjrzeć się jej dokładnie. Z trudem przełknął ślinę, gdyż przełyk zmienił się w cieniutką, ściśniętą strachem szczelinę. Postękując, stanął na nogach i podniósł wzrok, do tej pory wbity w brązowy dywan. Z wolna zatrważający obraz Gusa ożył w jego pamięci.
Jeśli jest we wszechświecie człowiek mający tysiąc lat, pomyślał Archie, to tak właśnie wygląda. Twarz Gusa zdawała się być rzeźbą. Ludzką, makabryczną rzeźbą. Skóra przypominała kilkusetletni papier, pożółkły i popękany. Nos gdzieś znikł, pozostawiając po sobie dwie dziurki. Oczu również nie było, a opustoszałe oczodoły emanowały nieludzkim wręcz spokojem. Kości policzkowe niemal przebijały wyschniętą skórę na wylot. Jak mumia, rzekł w duchu młodzieniec, wygląda dokładnie jak mumia. Pytanie tylko, jakim cudem do tego doszło?
Usiadł na skraju łóżka i nagle przypomniał sobie o liście. Wyjął go zza koszuli i obejrzał dokładnie. List, jak list. Otworzył zatem kopertę, a złożona kartka wysunęła się delikatnie. Nieświadomie wstrzymał oddech, nim ją rozłożył. Raptem kilka słów zawierał owy list. „Mija czas, objawia się strach...”
Tajemnicze wiadomości, nagłe mumifikacje, podejrzani agenci – to nie mieściło się głowie młodego magistra geografii. Chciał tylko przebyć dolinę i poznać jej sekrety, ale widać były one znacznie dziwniejsze, niż przewidywał. I znacznie groźniejsze. Zagadkę musiał rozwikłać, tego był pewien. Jeśliby tego nie dokonał, sumienie męczyłoby go do końca życia.
Postanowił cicho wymknąć się z hotelu, tak by nikt nie zauważył. Wieczór zbliżał się wielkimi krokami, co bardzo ułatwi sprawę. Podszedł do okna i uniósł nieznacznie żaluzje. Pomarańczowa poświata rozlała się po dolinie w dole, zamieniając wieczną mgłę w morze soku owocowego. Widok był iście niesamowity i przykuł Archiego na dobre kilka minut. Gdy oderwał się od podziwiania krajobrazów, strach uderzył ponownie.
Przy stoliku nie było nikogo. Żaden ślad nie wskazywał, że ktokolwiek prócz Archiego tam siedział. Ostrożnie podszedł do niego, uważnie obejrzał, by wysunąć jedyny możliwy wniosek:
- Ja chyba wariuję...
Położył się na łóżku, ciężko oddychając. Zamknął oczy, łudząc się, że zaśnie. Lecz podróż w świat sennych majaków nie była mu dana. Po raz kolejny posłyszał ciche pukanie do drzwi. Zadrżał na całym ciele, przeczuwając najgorsze. Nie odezwał się, gdyż strach spętał jego język i słowa nie mógł wydusić. Po kilku sekundach pukanie powtórzyło się. Nim ucichło na dobre, rozległo się jeszcze dwa razy. Najwidoczniej dał za wygraną, pomyślał z ulgą Archie.
Wtem rozległo się wołanie.
- Panie Baker! – głos brzmiał znajomo, a dochodził z korytarza.
- Tak? – spytał ostrożnie.
- Możemy porozmawiać?
- Proszę wejść, drzwi są otwarte – odparł spokojnie Archie.
Cisza.
- Proszę pana! – zawołał młodzieniec, kuląc się bezwiednie.
Brak reakcji.
Po kilku nieskończenie długich sekundach wstał z łóżka i podszedł do drzwi. Uchylił je odrobinę, na tyle, aby dostrzec kolejny list. Tym razem koperta była czarna. Bał się wziąć ją do ręki, lecz ciekawość przeważyła.
Zapalił lampkę na stoliku, po czym usiadł i wysunął z koperty znajomo wyglądającą kartkę. Treść listu stanowiło jedno zdanie: „Z Krawędzi nie ma już powrotu...”.
Kolejna pieprzona tajemnica, pomyślał Archie. Czuł jednak, że lepiej wynieść się z hotelu i wyruszyć w góry. Wolał nie prowokować losu do dalszych „niespodzianek”.


Dziesiąty czerwiec, 132r.

Podążając świetlistą ulicą, wydało mu się, że czuje drżenie. Z początku ledwie wyczuwalne drgania jedynie drażniły zmysły, jednak z czasem zwiększyła się ich amplituda i częstotliwość. Drgania przeistoczyły się w silne wstrząsy i Archie z trudem utrzymywał się na nogach. W domach rozpaliły się wszystkie światła, a gdy się odwrócił, dostrzegł migający tysiącem lamp hotel. Zdawało mu się, że owe wstrząsy mają rozkład sinusoidalny. Prądy ziemi, pomyślał i przystanął, nie mogąc dalej iść. To muszą być prądy ziemi. Widział, jak z kostki brukowej strzelają w górę wstawki z abraxu. Nie mogły wytrzymać naporu tak ogromnej ilości energii i wybuchały niczym granaty. Prądy ziemi, najmniej zrozumiała energia w kosmosie. Ziemia, jako jedyna, oparła się temu „trendowi” i owa tajemnicza siła na niej nie występowała. Arteus zaś był pod tym względem szczególnie „obdarowany” przez stwórcę wszechświata. Tryskał nią, kiedy tylko mógł. „Dzięki” temu tylko mała część planety nadawała się do zamieszkania. A kiedy prądy ziemi natrafią na styk płyt kontynentalnych, jak w Marhakamie, dzieją się rzeczy nieprzewidywalne. Archie zauważył właśnie jedną z nich. Patrzył na to, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Hotel zapadał się pod ziemię, tak po prostu. Młodzieniec zastygł w bezruchu. Nieświadomie wstrzymał oddech, widząc, że zamiast Przełęczy pojawiła się... góra. Stał tak z rozdziawioną gębą, nie mogąc pojąć tego strasznego fenomenu.
Wstrząsy zanikły równie szybko, co się pojawiły. Droga już nie świeciła, a ludzie po niej biegający i krzyczący, wpadali na siebie i wywracali się. Archie nie miał zamiaru z nikim się zderzać i udał się czym prędzej na południe, w stronę upragnionej Ansar. Choć ciemności były nieprzeniknione, uparcie szedł na przód.

Przez długi czas nie napotkał na szlaku nikogo. A gdy już spotkania nie dało się uniknąć, informował nieznajomego, że tylko chodzi po górach. Bał się wspominać o dolinie, a wydarzeniami w Marhakamie też się nie chwalił. W końcu i tak się dowie, myślał sobie, po czym opuszczał podróżnika i podążał szlakiem dalej.
Ansar i Marhakam dzieliło dwadzieścia kilometrów. W górskich warunkach oznaczało to najmniej dzień wędrówki. Archie był na to przygotowany. Śpiwór i materac były dla niego jak rodzina - spędziły z nim całe studia, kiedy odkrywał po raz kolejny znane powszechnie zakątki. Na szczęście Ansar była inna, nieskalana ludzką egzystencją, co podnosiło go znacznie na duchu. Gdyby tylko nie te dziwne wydarzenia...
W południe postanowił odpocząć. Słońce prażyło niemiłosiernie, a nie było gdzie uciec przed jego bezlitosnymi promieniami. Usiadł na szczycie skalistego wzniesienia i patrzył na południe, łudząc się, iż dostrzeże początek doliny. Zostało mu raptem kilka kilometrów, lecz widoczność była wyjątkowo słaba owego dnia. Pozostała mu droga w dół zbocza i kolejna wspinaczka. Zanim to uczynił, zjadł porcję suszonego mięsa i orzechowy suchar, po czym popił obficie wodą. Tak pożywiony, udał się w dalszą drogę.
Kolejna góra nie stanowiła większego wyzwania, a mimo to Archie zmęczył się znacznie. Ze szczytu ponownie się rozejrzał. W dole rysował się powoli kształt doliny. Na początku szeroka na kilometr, zwężała się, aż powstawał kanion, którego pionowe zbocza, schodzące się ku górze, dzieliło kilkadziesiąt metrów. To była najniebezpieczniejsza część Ansar, pełna rozpadlin, studni czy kraterów, będących w rzeczywistości wejściami do systemu jaskiń. Młody geograf wiedział to wszystko, zdjęcia dokładnie ukazywały lokalizację pułapek, ale i tak odczuwał niepokój. A Gus, znikający w biały dzień w postaci mumii, i zaszyfrowane listy pogarszały jeszcze jego nastrój.
Dzień miał się ku końcowi, gdy Ansar otwarła się przed nim. Postawił stopę na jej dnie z należytym namaszczeniem. Podłoże było twarde i tak rozgrzane, że niemal paliło. Archie omiótł dolinę spojrzeniem. Zarówno wschodnią część horyzontu, jak i zachodnią, stanowiły ośnieżone szczyty słynnych dziesięciotysięczników. Na południe zaś ciągnęła się płaska jak stół równina, gdzieniegdzie poprzetykana kępkami wysuszonych roślin i dziwnymi w kształcie monolitami. Tonęła w półmroku, gdyż słońce schowało się już za zachodnimi szczytami. Powietrze było zupełnie pozbawione wilgoci, a temperatura jego wysoka, znacznie wyższa niż w Marhakam. Ansar miała swój mikroklimat, przypominający trochę pustynny. Młodzieniec wiedział o nim wszystko, a i tak poczuł się zaskoczony. Nie pozostało mu nic innego, jak iść naprzód. Na razie nie dostrzegł nic, co mogłoby mu przeszkodzić w wędrówce.
Gdy dotarł do nagłego zwężenia, stanowiącego początek kanionu, było już zupełnie ciemno. Nie miał innego wyjścia, jak rozbić tam obóz. Położył obie torby pod skałą, po czym zrzucił plecaki. Od razu poczuł się lekki jak piórko, wręcz nieważki. Zdawało mu się, że jak tylko pomacha rękami, odleci w przestworza. Szybko się jednak opamiętał. Namiotu nie rozbił, nie miało to sensu, zważywszy, że rano będzie kontynuował wędrówkę. Nic prawie nie widząc, wyciągnął śpiwór, kawałek suszonego mięsa oraz wodę. Rozłożył śpiwór na ziemi, po czym wśliznął do niego, pogryzając mięso i popijając. Leżąc, delektował się widokiem gwiazd na niebie. Pionowe ściany kanionu znacznie zawężały pole widzenia, ale jaka to różnica, czy widzi się miliard obiektów, czy bilion? Tak czy siak, robi to niesamowite wrażenie. Po niedługim czasie na tym wąskim pasie widzialnego nieba pojawiły Xavienne i Sarge, zalewając dolinę swym blaskiem. Nagle rozmazane kształty nabrały ostrości i Archie ujrzał prawdziwe oblicze czyhającego w Ansar niebezpieczeństwa.


Jedenasty czerwiec, 132r.

Rozwarł powieki powoli, ostrożnie, po czym spróbował wstać. Nagle poczuł potworny ból w nadgarstku. Zorientował się, że jest przywiązany do jakiegoś kołka. Wbito go w podłoże jaskini bardzo mocno, o czym Archie sam się przekonał, próbując go wyrwać. Niewielka grota miała kształt owalny, a jedyne wyjście zablokowano wielkim głazem; w kilku miejscach poutykano w ścianach abrax, jarzący się nieskażonym błękitem, ale i tak panował w niej półmrok. Archie spojrzał na swe poszarpane ubranie, jęknął rozpaczliwie. Co się u licha stało? Myślał nad tym intensywnie, lecz nic nie mógł sobie przypomnieć. Niewyraźne sylwetki dziwnie ubranych ludzi o czerwonych oczach kołatały o bramy jego świadomości, lecz nie potrafił powiedzieć, czy to majak był, czy też rzeczywistość. Powątpiewał w to drugie, ale ktoś go do jaskini zabrał i przywiązał, aby nie uciekł. Przecież nie krasnoludki...
Wtem rozległ dziwny, niski dźwięk. Młodzieniec dopiero po chwili zauważył, że głaz już nie broni wejścia, a miast niego stoją dwie pary czerwonych oczu. Odruchowo skulił się pod ścianą, przeczuwając atak. Nic takiego się nie stało.
- Ostrzegaliśmy – odezwał się jeden z przybyłych niskim, beznamiętnym tonem. Wszedł do jaskini i Archie zobaczył, iż ma na sobie długą, sięgającą stóp tunikę brązowej barwy, taki sam kaptur na głowie, a w dłoni dzierżył wysoką, dziwnie poskręcaną laskę. Zdawało się młodzieńcowi, że oczy nieznajomego powiększyły się i bardziej błyszczały. A gdy zbliżył się do niego na kilka kroków, Archie ujrzał ciemną, pomarszczoną twarz przybysza, ostre jej rysy i wystający mocno podbródek. Opór na nic się nie zda, pomyślał zrezygnowany.
- Ostrzegaliśmy – powtórzył. - Jesteś ślepy, człowieku? Czy niedorozwinięty?
- Kim jesteście? – wychrypiał Archie.
- Strażnikami, to ci powinno wystarczyć.
- Jak...
- To zrobiliśmy? – dokończył, uśmiechając się. Młody geograf skinął głową. - Skoro nikomu już nie zaszkodzisz, możesz wiedzieć. Prądy ziemi, człowieku. Tutaj się rodzą, Krawędź je rodzi. Dzięki nim możemy być wszędzie i nigdzie jednocześnie. Widziałeś kogoś, rozmawiałeś z nim nawet, lecz tak naprawdę to tej osoby tam nie było. Wiem, że ciężko to pojąć.
- Dlaczego powiedziałeś, że nikomu już nie zaszkodzę? – spytał, bojąc się odpowiedzi.
- Wiesz, co znaczy Ansar?
- Nie.
- Krawędź. A wiesz, skąd się wzięła ta nazwa?
- Nie mam pojęcia.
- Dowiesz się, Archie, dowiesz. Wszystko w swoim czasie.
- A co stało się ekipą Alexandra Wicka?
- Też się dowiesz. Namacalnie – dodał szeptem.
- Skąd wiedzieliście, że zamierzam tu przyjechać? – zapytał młodzieniec, usiłując zebrać wszystko w całość.
- To proste, Krawędź nam powiedziała.
- Nic z tego nie rozumiem – odparł rozpaczliwym tonem.
- Kiedy ją ujrzysz, zrozumiesz. Ale będzie już wtedy za późno.
- Zabijecie mnie?
Strażnik roześmiał się.
- Zabić? Dobre sobie, naprawdę. Nie – spoważniał w momencie – nie zginiesz. A przynajmniej nie tutaj.
- To gdzie?
- Zadajesz za dużo pytań – powiedział zimno. - Lepiej się przygotuj. W południe wrócimy po ciebie.
- Możesz mnie chociaż rozwiązać?
- Nie mam ochoty.
Kiedy wyszli, Archie odetchnął z ulgą. Będzie żył. A przynajmniej przez jakiś czas.

Te kilka godzin spędził na rozmyślaniach. Próbował sobie wyobrazić, czym jest owa Krawędź. Bez powodzenia jednak. Nie przypuszczał, by chodziło o jakąś przepaść czy rozpadlinę. Z wypowiedzi Strażnika wynikało, że gdzieś go przewiozą albo przeniosą, tylko gdzie? Najbardziej zaciekawiło go zdanie o prądach ziemi. Jeśli tutaj się rodzą, myślał podniecony, to jak ogromna musi być ich moc! Zdolna.... no właśnie, co?
Nie czekał długo na odpowiedź.
Kamień grodzący wejście znikł i znów pojawili się Strażnicy.
- Już czas, panie Baker – odezwał się ten, co poprzednio.
- Na co? – rozpacz w jego głosie była niemal namacalna.
- Nie tak szybko, nie lubisz niespodzianek?
- Gdzie mnie zabieracie?
- Cóż za brak cierpliwości...
Podszedł do Archiego, przeciął sznurek ostrzem, które nagle wyskoczyło z jego laski, i pomógł mu wstać. Młodzieniec był cały roztrzęsiony, przerzucał wzrok z jednego Strażnika na drugiego, jakby szukał ratunku. Minęło kilka długich sekund, nim odzyskał pełnię władzy w zdrętwiałych nogach. A i wtedy szedł powoli, ociężale, niczym skazaniec zmierzający ku szubienicy.
- Nie przejmuj się – pocieszył go obcy – nie jesteś pierwszy, który w ten sposób opuścił Arteusa. Od kiedy zjawiliście się na nim, ciągle ktoś odchodzi i przychodzi. Ale nigdy wraca – dodał tajemniczo.
- Dlaczego? – zapytał Archie, schylając się pod niskim przejściem.
- Taka już natura Krawędzi – uśmiechnął się Strażnik, po czym kazał mu iść przodem.
Tunel wił się niczym wąż, nieustannie prowadząc w dół. Kawałki abraxu, sterczące z jego ścian, jarzyły się tym mocniej, im niżej schodzili. Młody geograf poczuł, że robi się coraz cieplej. Pot zalewał mu czoło, choć po części spowodowane to było stresem. Jego umysł krążył wokół jednej myśli: co to za cholerna krawędź? Był pewien, że istniała od zawsze, podobnie jak jej Strażnicy. To muszą być pierwotni mieszkańcy Arteusa, wywnioskował, tylko dlaczego nic o nich nie wiedziałem? Zagadki mnożyły się w postępie geometrycznym, a biedny Archie nie uzyskał ani jednej sensownej odpowiedzi.
Oślepiające światło uderzyło go nagle i niespodziewanie.
- Jesteśmy na miejscu – dobiegł go znajomy głos, gdy zamknął oczy.
Odczekał chwilkę i rozwarł powieki. Ujrzał wtedy coś tak niesamowitego, tak nieprawdopodobnego, że mogło to być tylko prawdziwe. Zaniemówił z wrażenia i zastygł w bezruchu, bezwiednie otwierając szeroko usta.
Znaleźli się w ogromnej jaskini, której ściany błyszczały milionami barw, mamiąc wzrok. Kolorowe światło emanowało z niewielkiego portalu, utkanego jakby ze świetlnych nici, stanowiącego środek owej groty.
- Robi wrażenie, co? – powiedział Strażnik, widząc szok na twarzy młodzieńca.
- Co to za... miejsce? – wystękał.
- Krawędź, człowieku. Krawędź miejsca, czasu i przestrzeni.
- To znaczy...
- Dokładnie – dokończył, uśmiechając się przyjaźnie.
- Ale... jak?
- Tego nikt dokładnie nie wie. Może po drugiej stronie ktoś ci to wyjaśni.
- Czyli gdzie? I kiedy?
- Dowiesz się, tego nie da się przewidzieć.
- Ale... dlaczego? – zapytał rozpaczliwie.
- Pomyśl – strażnik spojrzał na niego - co by się stało, gdyby wszyscy naukowcy z całego wszechświata nagle dowiedzieli się, jaki sekret kryje Ansar?
Archie spuścił głowę. Wiedział.
- Więc sam rozumiesz. Czasem za ciekawość trzeba płacić wysoką cenę.
Młodzieniec przełknął gorzko ślinę, walcząc ze strachem. Jednak po raz kolejny poczuł, że rodzi się w nim nowe życie, że w tym nowym miejscu może zacząć wszystko od nowa, gdziekolwiek by to miało być.
- Nie żywimy do ciebie urazy – poklepał go po ramieniu – sam bym pewnie nie posłuchał ostrzeżeń. Ale cóż, stało się. Żegnaj zatem.
- Tak, żegnajcie – odburknął.
- Nie smuć się, może trafisz do lepszego świata.
- Miejmy nadzieję.
Powoli, zmuszając nogi do chodu, parł naprzód, w stronę Krawędzi. Odczuwał coś w rodzaju przyciągania, zupełnie jakby portal pragnął go pochłonąć, a później wypluć. Kiedy znajdował się na wyciągnięcie ręki od niego, posłyszał ciche buczenie, trzaski i wyładowania. Odwrócił się, lecz nikt już tam nie stał. Zaświtała mu głowie pewna myśl: ucieczka! Coś go jednak powstrzymywało, jakaś nieznana siła spętała jego ciało, przyciągając coraz mocniej i mocniej. Serce biło mu jak szalone, oddychał bardzo szybko, a mimo to wiedział, po prostu wiedział, ze za moment straci przytomność. Wkroczył w owy portal, ziemia uciekła mu spod nóg, wchłonął go prąd ziemi. Nie walczył, gdyż nie było sensu. Poddał się. Leciał dosłownie ułamek sekundy, nim jego świadomość odpłynęła na dobre.


Dziesiąty czerwiec, 345 r.

Eryk usiadł na kanapie, rozkoszując się jej miękkością. Pompy w niej zabudowane potrafiły sprawić wrażenie nieważkości, pływania w powietrzu. Bazy orbitalne słynęły z licznych udogodnień, a to Eryk lubił najbardziej.
- Holo – powiedział w stronę małego urządzenia na stoliku, który znajdował się metr przed nim.
Tuż nad jego blatem pojawiła się uśmiechnięta twarz młodej kobiety.
- Witam państwa w ten słoneczny poranek z wieżowca holowizji w Nowym Londynie na Antarze. Dzisiaj dokonano epokowego odkrycia. Grupa archeologów, przeszukująca ruiny Mereth’dal, natrafiła na coś niebywałego. Nagi człowiek, podający się za Archie Bakera, usiłował wmówić naukowcom, że przybył z Arteusa, na dodatek z roku 132. Podano mu środek uspokajający i odtransportowano do kliniki, gdzie pozostał pod nadzorem lekarzy, aż do wyjaśnienia sprawy. Najdziwniejsze jest, że wczoraj grupa badaczy, wyposażona w antyczny wręcz sprzęt, dotarła do Karamy, niewielkiego miasteczka na północnej półkuli Nickosa, a jeden z nich, niejaki Alexander Wick, zapierał się, że przybyli z Arteusa, z roku 122. Może to zalążki jakiejś epidemii – uśmiechnęła się pobłażliwie prezenterka. - Tak czy inaczej, zagadki nie uda się rozwiązać, gdyż – jak powszechnie wiadomo – Arteus został doszczętnie zniszczony w wyniku potężnego trzęsienia ziemi, którego epicentrum znajdowało się w dolinie Ansar. Dziś mija setna rocznica tego wydarzenia.
Eryk polecił wyłączyć holo i zamyślił się. Dzięki poprawionej pamięci, przypomniał sobie całą wiedzę o Arteusie w ułamku sekundy. To nie było trzęsienie ziemi, tylko potężny wybuch. Nie, nie wybuch. Implozja. Dopiero później przyszły wstrząsy, które ogarnęły całą planetę. Lecz skąd wzięła się ta implozja, nie wiedział nikt.
Poza tymi, co ją wywołali.

aenim 21/05/2006 00:41:30 [Powrót] 'Say' sth