Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
"Sprzedawca Marzeń"

...pędzą taksówki w poprzek czasu...


"Sprzedawca Marzeń"

„Sprzedawca Marzeń”


Cypher Aedon





Zmierzch

Wpatrywałem się w ten obraz zafascynowany, przejęty, a jednocześnie przerażony. Ograniczoność mego umysłu powodowała, iż nie pojmowałem absolutnie nic z oglądanej sceny.
Na wąskiej barierce odgradzającej most od zionącej daleko w dole rzeki stał jakiś człowiek. Ubrany zwyczajnie, w czarną, zapinaną na złote guziki koszulę, sztruksowe spodnie i błyszczące glany. Jego długie czarne włosy sięgały niemal pasa. Nie byłoby to może takie niezwykłe, gdyby nie fakt, iż jego ręce były rozłożone, niczym skrzydła u startującego ptaka, a wyraz twarzy miał co najmniej niejednoznaczny. Według mnie, albo się naćpał, albo to samobójca. Podszedłem bliżej, aby dokładniej zbadać owe niecodzienne „zjawisko”.
Z odległości około dwóch metrów widziałem wyraźnie, że raczej nie chce się zabić. Chyba nie miał zamiaru skoczyć, gdyż tylko się chwiał – to w jedną stronę, to w drugą, to w przód, to w tył, jakby przymierzał się do startu przed odlotem w przestworza. Co za dziwactwo! W ogóle to całe jego zachowanie było dla mnie równie zrozumiałe, co budowa procesora. Ciągle mruczał coś pod nosem, mantrę albo modlitwę. Chociaż nie, z pewnością nie była to modlitwa. Przerażające było to, że chybotał się na cienkiej jak żyletka barierce, w każdej sekundzie mogąc zniknąć w szalonym nurcie spienionej na kataraktach rzeki. Rzuciłem przelotnie okiem w przepaść, lekko wychylając się za metalową zasłonę. Około trzydzieści metrów niżej gnała ogromna, wzburzona masa wody, rozbijając się o wystające głazy. Rzeka nie była głęboka, co nie zmieniało faktu, iż stanowiła śmiertelne niebezpieczeństwo. Jedno spojrzenie wystarczyło, aby nabrać przekonania, że skok z mostu byłby ostatnim skokiem w życiu delikwenta, który by się na to poważył.
Przez te kilka minut mych dociekliwych obserwacji nie przejechał żaden samochód. Cisza zalegająca na tej betonowej budowli łączącej dwa górskie zbocza była przytłaczająca. Żaden szmer czy hałas nie doszedł mych uszu. Gorące lipcowe powietrze jakby stężało, spięło się w sobie i zamarło w oczekiwaniu. Nawet promienie zachodzącego słońca miały dziwną właściwość nie zmieniania pozycji, mimo że samo słońce ją zmieniało. Wyraźnie wyczułem narastające napięcie. I to we wszystkim. Żaden, nawet najmniejszy ruch nie zakłócał tego osobliwego „letargu” otoczenia. Dziwne myśli nawiedziły mój umysł, metafizyczne, rzekłbym. Może jestem w środku jakiegoś niesamowicie realnego snu? Nie, raczej nie. Nie było na to jednoznacznej odpowiedzi – tego byłem pewien.
– Przepraszam – odezwałem się szeptem, aby go nie przestraszyć. – Przepraszam.
Nic, żadnej reakcji. Może zasnął?
Zrobiłem krok w jego stronę. I jeszcze jeden. Nagle zerwał się wiatr, uderzając mnie prosto w twarz z potworną siłą. Włosy chłopaka uniosły się, zafalowały, po czym delikatnie opadły na swoje miejsce. Powiew zniknął równie szybko, co się pojawił. Znów zaległa cisza. Byłem tak zafascynowany poprzednim zjawiskiem, że mało sam nie wpadłem w przepaść. Zamachałem rękami i w ostatniej chwili odzyskałem równowagę. Oblał mnie zimny pot, a serce przystanęło na moment. Jezu, co za stres! I w imię czego, głupiej ciekawości?
– Hej! – zawołałem, nie wytrzymując napięcia. – Koleś, co ci?
Nic, ponownie żadnej reakcji. Tak, z pewnością nawalił się jakimś „kwasem” albo innym świństwem. No bo przecież nie zasnął…
Powoli moja cierpliwość się ulatniała. A, idę stąd – pomyślałem zrezygnowany. I poszedłem.
Minąłem tego dziwnie zachowującego się człowieka, przyglądając mu się niezwykle uważnie, lecz nic niezwykłego me oko nie zarejestrowało, chociaż wzrok miałem niezgorszy. Stał, jak stał, mrucząc przy tym jakieś niezrozumiałe słowa pod nosem. Nie miałem pojęcia, jakim cudem utrzymuje równowagę na tym czymś o grubości ostrza noża. Kiwał się dalej jak czubek myślący, że jest matrioszką, a ta jego rozmarzona mina wymalowana na wymizerowanej twarzy doprowadzała mnie do białej gorączki. Z czego on się, cholera, cieszy? Przyglądałem mu się tak nachalnie, że gdyby mógł, na pewno by jakoś zareagował.
Nic tu po mnie – pomyślałem. Wzruszyłem ramionami i podążyłem dalej swoją drogą, czyli do miasta.
Będąc już na granicy mostu, dotarł do mnie jakiś dziwny dźwięk. Nagły brzdęk, grzmot, po czym…most runął w przepaść.
– Jezu! – krzyknąłem, w ostatnim momencie uskakując na drogę i przylepiając się do asfaltu.
Leżałem na plecach i uspokajałem oddech, nie próbując nawet wstać i rzucić okiem na rumowisko. Jeśli zabawiłbym na moście choćby sekundę dłużej… przełknąłem ślinę z wielkim trudem. Co się, do jasnej cholery, dzieje?!
Otrzepałem się z kurzu, pozbierałem resztkę swych rozbieganych myśli i ruszyłem w dalszą drogę. Od siedzenia mostu nie przybędzie – stwierdziłem mądrze. Ale jak ja wrócę do domu?

Zwalony most zniknął za plecami, droga zaś jakby przytuliła się do stoku, stroniąc od głębokiej przepaści. Szedłem powoli, iście defiladowym krokiem, delektując się rozpościerającymi się na lewo ode mnie przepięknymi widokami. Słońce schowało się za górą, w zboczu której „wyrzeźbiono” drogę, lecz przeciwna strona wąwozu lśniła jeszcze licznymi odmianami szkarłatu, żółci oraz zieleni. W dole, u stóp zboczy, gdzie burzliwie gnała rzeka, powoli gęstniały młode cienie, z każdą chwilą pnąc się ku górze i przykrywając sobą gęsto zadrzewione stoki. Daleko na horyzoncie, tuż poniżej szczytu przeciwległego wzgórza zauważyłem czarny cień sunący majestatycznie po niebie. Musiał to być naprawdę wielki ptak, bym dał radę go dojrzeć z takiej odległości. Leciał prosto w słońce, czyli też w moją stronę. Pomyślałem sobie wtedy, że góry, które właśnie przemierzałem, są pełne tajemnic, a jedną z nich miałem już okazję „podziwiać”. Gdyż właśnie za takową „niewyjaśnioną tajemnicę” wziąłem incydent z tym dziwnie zachowującym się człowiekiem. Nie wspomnę o zwalonym moście, który nie mieścił się nawet w tych kryteriach.
Ptak przecinał górskie powietrze niczym myśliwiec, to się wznosząc to znów opadając, niezmiennie jednak kierując się na mnie. Z czasem dojrzałem jego długi cień na przeciwległym stoku i nagle zaschło mi w gardle. Ten cień był bardzo długi. Zdecydowanie za długi jak na normalnego ptaka. Cóż więc to był za stwór?
Cały czas spoglądałem na zdawałoby się lecące w nieskończoność stworzenie. Pewnie nie miałem się czego bać, lecz jakiś irracjonalny lęk podświadomie kazał trzymać się na baczności. Wolałem go posłuchać. W tamtym miejscu nic nie było takie, jakie powinno.
Daremny mój strach. Owo latające dziwadło przemknęło nade mną niczym strzała, nie zaszczycając nawet jednym spojrzeniem. Egoizm zataczał coraz szersze kręgi.

Szkarłatna kula ognia minęła granicę horyzontu, niczym kometa zabierając za sobą ostatnie promienie swego „ogona”, a dolinę ogarnął siwy jeszcze mrok. Schodząc z góry szeroką drogą, mogłem spokojnie przyjrzeć się miastu. Księżyc ani gwiazdy nie zajęły jeszcze należnym im miejsc na nieboskłonie, toteż ciemność wydawała się gęstnieć i „czernieć” z każdą sekundą w postępie geometrycznym. Niemal natychmiast w każdym domostwie i na każdej ulicy rozbłysły światła, zalewając mieścinę mlecznobiałą poświatą. Najważniejsze dla człowieka jest poczucie bezpieczeństwa, a nic tak go nie poprawia w nocy, jak kiedy widzi się wszystko wokół. Mogłem więc spokojnie udać się do „bezpiecznego” już miasta. Lecz czy na pewno?
Ostatnie kilka kroków, dzielących mnie od pierwszych zabudowań, pokonałem bardzo powoli. Jakby w odpowiedzi na ludzki apel, zza chmur wyłoniły się po kolei: Księżyc, Syriusz, Mars, Gwiazda Polarna, Wielki Wóz, a później reszta konstelacji i pomniejszych, bardziej oddalonych planet. Mogłem się tak gapić godzinami. Lecz nie miałem tych godzin.
Lampy sodowe przecinały zalegającą na ulicy ciemność stożkowatymi snopami światła, tworząc na jezdni jasne kręgi o kilkumetrowej średnicy. Gdy w nie wszedłem, poczułem miłe uczucie jakby ciepła bijącego od żarzącej się żarówki. Po ich opuszczeniu ogarnęło mnie przygnębienie. Przystanąłem i zadrżałem. Nigdy żadna głupia lampa tak na mnie nie działała. To te góry – pomyślałem. Tak, to m u s z ą być te góry…
Do miasta przybyłem z konkretnego powodu. Miałem odwiedzić kumpla, przy okazji wychylając parę kufli złocistego nektaru, zwanego przez pospólstwo piwem. Jako że mieścina była typowo górska, tak i domy budowano tam w tradycyjny góralski sposób – z drewnianych bali, suto przy tym „zakrapiając się” gorzałką, najchętniej śliwowicą. Nie zawsze wychodziło najrówniej, ale zawsze było „tradycyjnie”. Innych budynków w mieście nie było. Ani wieżowców szpecących krajobraz, ani tych w całości murowanych, które jako takie też można zrobić łudząco podobne do tych „tradycyjnych”. Przekonanie o słuszności tradycji niejednokrotnie zwyciężało ze zwykłym, ale zdrowym rozsądkiem. Cóż, co kraj, to obyczaj.
Minąłem kilka dziwnie wyludnionych ulic, zaglądając – oczywiście przypadkiem – w co poniektóre okna. Jakież było moje zdziwienie, kiedy oczom mym ukazał się widok iście jak z reklamy bliżej nieokreślonej „platformy cyfrowej”: w każdym napotkanym domu stał oblężony przez rodzinę telewizor i wszyscy, bez wyjątku, wpatrywali się w wyświetlany obraz niczym zahipnotyzowani. Dobra – myślę – to nic złego, każdy chce sobie trochę pooglądać. Lecz kiedy sytuacja powtórzyła się w piątym domu z kolei, nie miałem wątpliwości, że something’s wrong, jak mawiają Amerykanie. Może to jakieś dziwne zboczenie? Wiele razy szwendałem się po tej mieścinie, ale nigdy nie zauważyłem jakiegoś szczególnie niezwykłego zachowania ze strony mieszkańców. Właśnie dochodziłem do skrzyżowania głównych ulic, przy którym znajdował się bar „Na rozdrożu”. Znałem go dość dobrze i miałem przynajmniej tę pewność, że tam nie ma telewizora. Swoją drogą, cóż takiego pokazywano, że tylu ludzi zatraciło się w oglądaniu na amen? Sprawa wymagała zbadania. I to natychmiastowego.
Zbliżyłem się do okna wystawowego knajpy i zerknąłem do środka. Już sam fakt, że na ulicy, w „ogródku”, nikt nie siedział, zdziwił mnie mocno. A kiedy zlustrowałem środek budynku, mało nie padłem z wrażenia. Bar był zupełnie pusty. Nigdy się nie zdarzyło, aby w sobotę o dziesiątej wieczorem, i to w letni dzień, był zupełnie pusty. Kościół – oczywiście! Ale nie bar… Tajemnica nabrała tajemniczości, a moja pewność siebie niepewności. O co w tym wszystkim chodzi? – mierziło mnie pytanie. Postanowiłem jak najszybciej dostać się do kumpla i rzucić okiem na ten dziwnie absorbujący program w telewizji. Zaiste, musiał być bardzo dziwny, żeby odmówić sobie zimnego piwa w ciepły wieczór.

Szedłem więc dalej wyludnionymi ulicami, czasem spoglądając przez okna, czasem słysząc mile brzmiący głos puszczony na pełny regulator, innym razem szaleńczy śmiech dobiegający gdzieś z właśnie mijanego domu, ale cały czas towarzyszyło mi dziwne wrażenie, że coś niedobrego dzieje się w mieście. Już nawet kompletny brak jeżdżących samochodów nie dziwił mnie ani trochę. Pewnie i kierowcy znaleźli sobie lepsze zajęcie. Wszystkie sklepy były puste. I pootwierane. Mogłem tam wejść, tak po prostu, i jakby nigdy nic wziąć, co mi się żywnie podobało. Lecz to też mnie nie zdziwiło. A kompletny brak żywych dusz na ulicy świadczył, że nic ze sklepów nie zginie. Nie rozumiałem tego. Nic a nic. Lecz nie dziwiłem się temu.
No, ale w końcu coś mnie musiało zdziwić. I zdziwiło, jak cholera.
W końcu ślepej uliczki, tuż pod latarnią leżał człowiek. Ubrany w łachmany i wygnieciony kapelusz – już z dystansu nie pozostawiał wątpliwości, co do swego statusu społecznego. W jednej ręce trzymał małe zawiniątko, z którego co chwilę pociągał solidny łyk, a w drugiej… właśnie, otóż w drugiej trzymał małe dziecko. Płaczące, ledwo narodzone dziecko, opatulone bawełnianymi pieluchami. Mimowolnie przeszedł mnie dreszcz. Widok ten wstrząsnął mną do głębi. Jak? Co? Tysiące pytań cisnęły mi się na usta.
Bałem się do nich podejść, do tej osobliwej, niczym wyjętej z dramatycznego filmu pary ludzi. Lub, jak powiedzą złośliwi, już nie człowieka i jeszcze nie człowieka. Lecz ja tak nie myślałem i ogarnął mnie wielki żal. Zrobiłem kilka niepewnych kroków w ich stronę. Wszedłem w jaskrawe światło latarni i przystanąłem. Wolałem, żeby dobrze mi się ten człowiek przyjrzał, a nie wyskoczył od razu z nożem albo kastetem. Nie stanowiłem żadnego zagrożenia i miałem nadzieję, że ten bezdomny to dostrzeże.
– Co się stało? – zapytałem cicho, współczującym głosem, przyklękając.
Spojrzałem na niego. Wysuszona twarz, przeorana rozlicznymi szramami, a także… śladami łez. Na moje oko mógł mieć góra czterdzieści lat, lecz to musiały być bardzo ciężkie lata. Kątem oka zauważyłem, że dziecko było zakrwawione, jakby ledwo co odcięte od łożyska matki. Pieluchy przesiąkały czerwienią. Białe włoski na główce miało pozlepiane, a błękitne oczka spozierały na mnie w taki dziwny, nieziemski wprost sposób. Odwróciłem wzrok. To było straszne! Mało nie zwymiotowałem. Kiedy znów na nich spojrzałem, bezdomny trzymał dzieciątko w ramionach i tulił, a ono z czasem płakało coraz mniej i mniej, aż w końcu ucichło i zasnęło. Dla mnie wyglądało to jak cud. Dopiero po jakimś czasie ocknąłem się z zamyślenia.
– Co się stało? – powtórzyłem, ciszej jednak, by nie budzić małego czy małą, nie miałem pojęcia.
Człowiek w łachmanach podniósł głowę i spojrzał na mnie swym nieobecnym spojrzeniem. Minę miał nietęgą. Pociągnął łyk z „zawiniątka”, po czym powiedział:
– Obiecał, a ja mu nie wierzyłem. Spełnił, ale było już za późno.
Zamurowało mnie. O kim on mówił?
– Nie rozumiem – zaprzeczyłem ruchem głowy – kto i co ci obiecał?
– To ty nie wiesz? – wybałuszył oczy bezdomny.
– Czego?
– Nie oglądałeś telewizji?
– Nie.
– A więc nie wiesz nic o Sprzedawcy Marzeń?
– O kim? – zatkało mnie samo określenie „Sprzedawca Marzeń”, jakby marzenia można było sprzedać lub kupić.
– Boże, istny cud! – wykrzyknął, uśmiechając się szeroko, co nadało jego twarzy makabrycznego, niemal demonicznego kształtu. Dziecko się jednak nie obudziło, a mi rósł tylko mętlik w głowie.
– Dalej nie rozumiem.
Bezdomny zasępił się. Może nad czymś rozmyślał.
– A więc powiem ci – podjął po zastanowieniu. – Wszystko zaczęło się dzisiaj tuż przed zachodem słońca…

Słuchałem jak ogłupiały, słowa docierały tylko do mych uszu, rozum już ich nie akceptował. Sprzedawca Marzeń. Wciąż tylko Sprzedawca Marzeń. Sprzedawca to, Sprzedawca tamto. Miałem już tego po dziurki w nosie, lecz podświadomie czułem, że to prawda.
Sprzedawca Marzeń.
Kim on był? Kimś, kto posiadał wielką władzę nad ludzkimi umysłami.
Sprzedawca Marzeń.
Co on robił? Sprzedawał marzenia za wierszyk. Jak to za wierszyk? – spytasz. Po prostu.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione” – mówił.
Sprzedawca Marzeń.
Sprzedawca Marzeń.
Sprzedawca Marzeń…
Myśl, idioto – powtarzałem w duchu na okrągło, zły na samego siebie. Sprzedawca Marzeń.
Przeklęty sprzedawca…
– Dalej nie pojmuję – pokręciłem zrezygnowany głową, patrząc na tego bezdomnego człowieka, jak tuli swe „kupione marzenie” i ociera jego zakrwawioną twarz lnianą chusteczką, wpatrując się w jego śliczną twarzyczkę. Tego też nie mogłem zrozumieć. Coś tak irracjonalnego, jak kupowanie marzeń za wierszyk, nie mieściło mi się głowie.
Powiedział wierszyk, lecz nie wierzył. Spełniło się, ale było już za późno. Teraz leży na ziemi i płacze. Co ja mam z t y m zrobić? – pyta się ciągle, zdesperowany. Tak nie można, tak po prostu nie można…
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”
„Powiesz wierszyk…”
– Wierszyk! – zawołałem podniecony, czując, że zbliżam się do rozwiązania zagadki.
Oczy bezdomnego skierowały się na mnie.
– Jak brzmiały jego słowa? – spytałem.
– Żebym ja pamiętał – spuścił głowę, jakby z poczuciem winy. – Choć… – w jego oku zatańczyła iskierka – zdaje mi się, że to było w jakimś dziwnym języku. Łacinie albo… nie wiem, w każdym razie nie słyszałem go nigdy wcześniej. A słyszałem wiele języków.
Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”
Myślałem intensywnie, rozważając przeróżne warianty.
– Opowiedz mi jeszcze raz, jak t o się stało.
Jego krótkie wahanie przeszło w przeciągłe westchnienie. Kiwnął głową. To musiało być dla niego naprawdę trudne.
– Jestem jedynym bezdomnym w tym mieście, jak już wiesz, i szwendam się od jednego kartonu do drugiego. Nie mam domu. I na razie nie chcę mieć. Władze mnie tolerują, ale chyba tylko po to, żeby policja miała co robić, udając, że mnie prześladuje. Ja przestępcą? Wyobrażasz sobie? Ech, nieważne, co cię będę zanudzał. No więc, dzisiaj trochę mi się przysnęło i nie zgłosiłem się po kolację do baru „Na rozdrożu”. A dają mi zawsze o osiemnastej. Słońce już powoli chowało się za horyzontem, a mnie głód zaczął doskwierać, toteż chyba podświadomie ocknąłem się z drzemki. Już pierwsze spojrzenie na ulicę utwierdziło mnie w przekonaniu, że coś nie gra. Żaden samochód nie jechał szosą, żaden człowiek nie szedł chodnikiem, nikt też nie zasiadał w „ogródku” przed barem. Jednym słowem – pustka. Wszechobecna pustka. Miasto wyglądało na opuszczone. Pomyśleć można było, iż to bezludna wyspa. Lecz głupi, kto by w to uwierzył, bowiem wszyscy, co do jednego, siedzieli w domach, gapiąc się w telewizory. Żeby dojść do tego wniosku musiałem oczywiście powęszyć tu i ówdzie, ale zapomnijmy o tym. Nie wiedziałem, co myśleć, widząc, co się dzieje. Posprawdzałem wiele domów, i co? Wszędzie to samo. Zacząłem nabierać podejrzeń, że muszą puszczać piekielnie dobry serial albo film prosto z kina. Lecz i tak było niemożliwością, aby wszyscy oglądali to samo. Zakradłem się więc do domku wczasowego na obrzeżach…
Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”
...który był akurat pusty i nikt by nie zauważył, jeślibym z niego skorzystał. No i wszedłem do środka, a nawet nie był zamknięty na klucz. Jak wiesz, tu nie ma złodziei. Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę, był telewizor. Właściwie tylko tego szukałem, więc zaraz przystąpiłem do działania. Włączyłem go. To, co w nim ujrzałem, wyryło się w mej pamięci niczym obraz… ach, nieważne, czyj obraz. I tak do tego dojdę.
Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”
Co tam zobaczyłem takiego niezwykłego? Już mówię. Studio było typowe dla telewizji. Jasnoniebieskie ściany, punktowe lampy w suficie; na środku stał niewielki stolik, a przy nim siedział mężczyzna. I on wyglądał jak typowy przedstawiciel telewizyjnego fachu: młody, schludnie ubrany, o sympatycznym wyrazie twarzy i szczerym, budzącym zaufanie uśmiechu. Krótko przystrzyżone, czarne włosy kontrastowały z bladą twarzą o zapadniętych policzkach. Mimo to niemal nieświadomie uśmiechnąłem się na jego widok. Tylko jego oczy psuły ten obraz…
Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”
Puste, jakby zapadnięte w sobie dały mi domyślenia, oj dały. Do niczego mnie to wszakże nie doprowadziło i zaufałem mu. Cholera, zaufałem mu.
Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”
Wpatrywałem się w ekran urzeczony, a on, prezenter, opowiadał, jakie marzenia już „sprzedał”. Z początku wydało mi się to niedorzeczne. Sam to rozumiesz. Postanowiłem zatem go wypróbować, żebym nie miał później do siebie pretensji. I tak w te bajki nie wierzyłem, lecz ludzie niestety popełniają błędy zazwyczaj kierowani naiwnością i przeświadczeniem o słuszności swej decyzji. Co było później? Zawołałem do telewizora, zupełnie nie wiem, dlaczego, aby i mi coś sprzedał. W końcu wierszyk to żadna wielka sprawa. Powiem, i po robocie. On, jakby słysząc moje słowa i myśli, skierował to puste spojrzenie dokładnie w miejsce, gdzie siedziałem, co wstrząsnęło mną do głębi, i rzekł:
– Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione, Stanisławie.
Mało mi serce nie wyskoczyło z klatki piersiowej, gdy zwrócił się do mnie po imieniu. Jezu, jak ja się wtedy wystraszyłem. Mimo tego podejrzanego faktu brnąłem dalej, prosząc, aby pokazał mi słowa, które należy wypowiedzieć. Jak już wspominałem, zapomniałem ich treść, lecz, co też mówiłem, brzmiały bardzo obco i… hmm, mistycznie, że się tak wyrażę.
Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”
A teraz najgorsze. – Z błaganiem w oczach spojrzał na smacznie śpiące niemowlę. Westchnął głośno, nabierając odwagi. – Nie miałem pojęcia, co mógłbym „kupić” za ten durny wierszyk. Tyle rzeczy zaprzątało me myśli, że nie byłem w stanie wybrać. Pieniędzy nie chciałem, gdyż wiedziałem, że sprowadzą tylko zło. Poza tym, to było względnie proste do spełnienia. No i wtedy przypomniałem sobie… – przełknął ślinę z wyraźnym trudem, westchnął – pewien tragicznym fakt z mej przeszłości. Oj, trudna to sprawa do opowiedzenia… Kiedyś miałem żonę, dom, stałą pracę. Było wspaniale, lecz nie posiadaliśmy potomka. W końcu i on znalazł drogą na świat. Kiedy odwoziłem żonę razem z małym ze szpitala do domu, jadąc jedną z okolicznych dróg, mieliśmy wypadek.
Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”
Noc była ciemna, jezdnia śliska, a wszędzie zalegała gęsta mgła. Jechałem najostrożniej, jak potrafiłem. Lecz nie przewidziałem, że inni… – zawiesił głos, nie mogąc się pozbierać.
– Jak nie chcesz, nie mów.
– Nie, muszę. Muszę to z siebie w końcu wydusić. Tak, co było dalej… Właśnie. Z naprzeciwka wyłonił się nagle potężny TIR, pędził jak szalony, na złamanie karku. No i… złamał kark. Mojej żonie. I dziecku. To był lewy zakręt. Nie zmniejszył prędkości i siła odśrodkowa wbiła go prosto w tył mojego samochodu, gdzie siedziała Magdalena i… – nie wytrzymał i zaczął szlochać. Szybko jednak otarł łzy. – Nie czas teraz na rozpamiętywanie. Nie cofnę czasu… Załamałem się, nie mogłem pracować ani normalnie funkcjonować. W każdej mijanej na ulicy twarzy widziałem Magdalenę, a w każdym wózku Michała. Potem wydarzenia potoczyły się lawinowo, straciłem pracę, przyjaciół, których jedyną radą było znalezienie sobie nowej żony. Wyobrażasz sobie, nowej żony! Nie mogłem tak dłużej, po prostu nie mogłem. Nie płaciłem rachunków, co prędko sprowadziło mi na głowę windykatora, a on… zlicytował wszystko, co miałem. I tak wylądowałem na bruku. Wracając jednak do rzeczy…
Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”
No i siedziałem przed telewizorem, wiedząc już, co „kupić”. Tak bardzo chciałem zobaczyć znów małego… tęsknota niemal rozrywała me serce… Nie myśl, że przestałem kochać żonę, czy coś takiego, ale po prostu chciałem zobaczyć Michałka. Tak niewiele go za życia widziałem… A jeśliby się okazało, że „to” jest możliwe, „kupiłbym” również i Magdalenę. Mówię ci, wtedy byłem tak tym podniecony, że nawet nie pomyślałem, jak to wszystko możliwe. Ale do rzeczy. W dół ekranu spływały, niczym napisy, jakieś dziwne litery, a ja powtórzyłem je dwa razy, tak dla pewności, po czym czekałem. Czekałem i czekałem. I nic. Wgłębi duszy nie wierzyłem, aby „to” zadziałało, lecz mimo to wciąż czekałem. Dopiero po nieskończenie długich pięciu minutach Sprzedawca Marzeń odezwał się ponownie.
– Wracaj – mówi – skąd przybyłeś. Tam czeka nagroda, Stanisławie.
I znów przeszył mnie lodowaty dreszcz, kiedy wypowiedział moje imię. Będąc już niemal pewnym jakiegoś podłego oszustwa, wróciłem do swego „domu”, czyli tu.
Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”
Jakież było moje zdziwienie, kiedy dotarłszy na miejsce usłyszałem przeraźliwy płacz dziecka, lekko przytłumiony przez przykrywające go kartony. Natychmiast zacząłem odrzucać stertę papierów, a serce biło mi jak szalone. Czy to możliwe? – pytałem się cały czas. Odłożywszy ostatni karton na bok, mym oczom ukazał się taki oto widok: na samej ziemi leżało to dziecko, jak widzisz, całe zakrwawione i poowijane w pieluchy, zupełnie jakby przed momentem skradziono je ze szpitala. Nie spodobało mi się to wcale.
Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”
Ale wiesz, co było najgorsze?
– Co?
– Że to nie był Michał.

Tyle różnych myśli przewalało się przez moją głowę, że poczułem się strasznie zmęczony. Jednak nie dane mi było zasnąć.
– Zaprowadź mnie do tego domu – powiedziałem, czując, jak coś na kształt planu rysuje się mym umyśle. – Dobrze?
Zrobił niewyraźną minę, lecz nie zaprotestował. Nie miał innego wyjścia.

Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”

Znów te przygnębiająco wyludnione ulice. Jakaż to mroczna tajemnica spowiła to małe górskie miasto? Wiedziałem, iż z czasem poznam odpowiedź, lecz bałem się, że o wiele za późno.
– A tak w ogóle – odezwałem się po chwili niezręcznego milczenia – to nazywam się Adam, panie Stanisławie.
Uśmiechnął się.
– Jaki tam pan, mów mi Staszek.
Nie było żadnego płotu ani żadnego drzewa dającego osłonę przed wszędobylskimi oczyma wścibskich ludzi. Staszek chyba zauważył moją niepewną minę.
– Myślisz, że ktokolwiek spogląda na coś innego prócz telewizora? – spytał, jednocześnie dając mi odpowiedź.
– Zatem?
– Zatem wchodzimy. Potrzymaj małego.
– Ale ja…
– Ja też nie, zapewniam cię.
No i podał mi rozbudzone już dziecko, którego oczy lśniły w ciemnościach niczym magiczne szafiry, a mina zdawała się odzwierciedlać wielką inteligencję. Na swój sposób było piękne, musiałem to przyznać. Choć zaniedbane. Chwyciłem je tak, jak zawsze chwytałem małe kotki, mając nadzieję, że to prawidłowy sposób.
Staszek otworzył drzwi i szybko omiótł wzrokiem wnętrze budynku. Wszystko było takie, jak pozostawił. Czyli nietknięte.
Weszliśmy prędko do środka, zamykając za sobą drzwi. Staszek zapalił małą lampkę na ścianie. Usiedliśmy na kanapie.
– Może znajdziemy tu coś czystego dla małego? – zaproponowałem.
– Poszukam, ty w tym czasie włącz telewizor i sobie pooglądaj – rzekł z wyraźnym niesmakiem i zniknął. Czułem przez skórę, że nie miał najmniejszej ochoty przechodzić przez t o jeszcze raz.
Bałem się. Bóg wie, jak bardzo się bałem włączyć ten przeklęty telewizor. Jednak musiałem. I Bóg to też wie. I mam nadzieję, że mi wybaczy.

Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”

Nagły rozbłysk i na ekranie pojawia się On. Sprzedawca Marzeń. Siedzi rozpostarty na skórzanym fotelu, cały czas uśmiechając się do kamery. Choć nie, nie do kamery. Do widzów. Do mnie. Czuję, jak wwierca się swym lodowatym, jakby nieobecnym spojrzeniem w moją duszę i wie, że ja to czuję. Cały jego sekret to tak pokierować moimi poczynaniami tak, abym spełnił jego wolę.
– Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione. Jestem Sprzedawcą Marzeń. Powiesz wierszyk, a twe pragnienie spełnione, Adamie. Kup marzenie, powiesz wierszyk, pragnienie spełnione…
Zamarłem. Znał moje imię. Wiedziałem, że tak będzie, lecz jakaś cząstka mej duszy łudziła się, że to nieprawda. Miałem sporo takich cząstek.
Nie odezwałem się. Wpatrywałem się w niego, a on we mnie. Cholera, nie miałem wyjścia. Mały zaczął płakać, kiedy Sprzedawca Marzeń na niego spojrzał. Cały czas uśmiech nie schodził z jego ust. Wydawał się w tym tak sztuczny, że aż prawdziwy. Paradoksalne? Niby tak, jednak ten, kto to widział, powie co innego.
– Chciałbym kupić marzenie – powiedziałem cicho, niepewnie.
Dziecko płacze. Staszka nie ma.
– Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione – odparł, uśmiechając się od ucha do ucha. Już miał mnie w kieszeni. Czuł to.
Dziecko płacze. Staszka nie ma.
– Jaki wierszyk?
W dół ekranu spływają litery. Układają się słowa, a te w zdania. Zdania zaś w wierszyk. Coś mi świta. Już to gdzieś widziałem. Tylko gdzie?
Dziecko płacze. Staszka nie ma.
– Powiedz wierszyk, pragnienie spełnione.
Myślę, myślę, myślę. Cholera, cholera, cholera.
Dziecko płacze. Staszka nie ma.
Wyłączam telewizor. Nie wytrzymuję napięcia. Na szczęście nie widziałem całego tekstu. Mogłoby się różnie skończyć.
Wchodzi Staszek. Dziecko przestaje płakać.
– Dlaczego nie włączyłeś telewizora? – dziwi się Staszek niosąc prześcieradło.
– Słyszałeś, jak mały płakał?
– Co? Nie. A płakał?
Teraz to ja się dziwię. I to cholernie. Zdziwienie zmraża mnie do szpiku kości.
Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”

W głowie mam chaos. Wiem, że gdzieś widziałem te obce wersy. Tylko gdzie?
Staszek pociął prześcieradło na kawałki, po czym umył małego, na co ten piszczał radośnie, wodząc przy tym spojrzeniem po każdym detalu w pokoju. Miałem w sobie tę odrobinę empatii, aby wyczuć, że Staszek już niemal pokochał małego. Był nieskończenie czuły i delikatny, kiedy go dotykał, mówił do niego, głaskał go i łaskotał. I mimo że mały nie był Michałem, coś mi mówiło, że przestało to mieć znaczenie. Dziecko w potrzebie jest dzieckiem w potrzebie. I tyle. A skąd ono się wzięło, to już zupełnie inna bajka.
Poniechałem puste rozważania i począłem grzebać mrocznych zakamarkach mej pamięci. Przecież musi gdzieś być jakaś wskazówka. Przywołałem słowa wierszyka.
Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie się spełni.”

„Zodoraje, lape zodirado Noco Mada…”
– Jasna cholera! – krzyknąłem wniebogłosy, zrywając się z kanapy.
Staszek zamarł.
– Co się stało?
Nie mogłem złapać tchu, w gardle zaschło mi okrutnie. To nie mogła być prawda, po prostu nie mogła…
– Co jest? – powtórzył Staszek, wyraźnie zniecierpliwiony. W ręce trzymał świeżo uprane pieluszki. Mały leżał na stoliku, machając rękami i nogami na wszystkie strony. Nie zareagował na mój wybuch. Zaiste, dziwne to było dziecko. „Twardsze” niż ja sam. Przez chwilę bobas jakoś tak dziwnie mi się przyglądał. A myślałem, że dzieci nie mogą skupić na niczym wzroku. To najwidoczniej było ewenementem. I to na skalę światową. Jednak biorąc pod uwagę sposób, w jaki znalazł się na tym świecie… nic już nie mogło mnie zaskoczyć.
– Coś mi świta – odparłem, już uspokojony – lecz wolałbym, żebyś ty o tym nic nie wiedział. Przynajmniej na razie.
Staszek nic z tego nie rozumiał. I nie dziwiłem mu się. To było zbyt niedorzeczne.
Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”
Kim jesteś, Sprzedawco Marzeń? Zadawałem sobie to pytanie miliony razy. Bałem się, żeby moje przypuszczenia nie okazały się prawdą. A jeśli tak… no cóż, niech Bóg ma nas w swojej opiece.

Jedyny pewny sposób, aby pozbyć się intruza, to odciąć go. A jak tego dokonać w naszym przypadku? Łatwo, pozbyć miasta prądu. Tak, powiedzieć jest niezmiernie łatwo…
– Jak masz zamiar tego dokonać? – zapytał najuprzejmiej jak umiał Staszek, wciąż bawiąc się z małym.
– Ty mi powiedz. Znasz to miasto na wylot.
– Hmm, może i tak – niechętnie się zgodził. – Ale to teren strzeżony.
– Zdawałem sobie z tego sprawę. Więc?
– A gdzie zostawimy małego?
– Nie zostawimy – odparłem sucho.
– No tak, idiota ze mnie.
– Zrób jakieś nosidełko z tych strzępów prześcieradła.

Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”

Zbliżyłem się do dobrze oświetlonego, ogrodzonego płotem pod napięciem placyku, po czym zacząłem nasłuchiwać. Żaden hałas nie mącił panującej tam ciszy. Żaden głos ani nawet szept nie docierał do mych uszu. Po prostu, absolutna cisza, jak można się było spodziewać.
– W budynku jest główny transformator – zawołał cicho Staszek, schowany w cieniu drzewa po drugiej stronie ulicy.
Kiwnąłem głową na znak, że zrozumiałem. Rozejrzałem się uważnie, lecz nikogo nie dostrzegłem ani na zewnątrz, ani wewnątrz budynku rozdzielni. Okno od frontu nie było zakratowane, a drzwi nie wyglądały na zamknięte. Otwarta na oścież brama niemal zapraszała do wejścia. Wszystko to sprawiało wrażenie, jakby ktoś porzucił swoją pracę w wielkim pędzie, zupełnie nie przejmując się konsekwencjami. Sprzedawca Marzeń. Nikt inny. To on tak działał. To on dyktował warunki.
Staszek siedział na chodniku, skryty w cieniu konarów wielkiego drzewska, trzymając małego na piersi w prowizorycznym nosidełku. Głaskał go czule po włoskach i szeptał coś na ucho. Wzruszyłem się widząc tę scenę, lecz miałem zadanie do wykonania i nie mogłem zwlekać.
Przemknąłem przez plac cicho niczym kot, pewnym ruchem pociągnąłem za klamkę i wszedłem do środka.
U sufitu wisiała goła żarówka, zalewając pomieszczenie oślepiającym blaskiem. Na jego środku stała jakaś maszyneria, a pod ścianami rzędami ustawiono na stołach komputery. Tylko na ścianie od strony wejścia wisiały jakieś schematy, zapewne linii energetycznych wiodących przez miasto. Wnioskowałem, że to na środku to transformator, a komputery sterują jego pracą i odpowiednio rozdzielają prąd w zależności od potrzeb. Jak podejrzewałem, ekrany jarzyły się błękitnym blaskiem, wyświetlając przeróżne wartości, zarówno w formie tabelek, jak i wykresów. Nic mi to nie mówiło. Obchodząc transformator zastanawiałem się, jak to cholerstwo wyłączyć. Na szczęście, rozwiązanie znalazło się samo. Z tyłu tej nieznanej mi maszynerii znajdowała się przezroczysta klapka, pod którą jarzyły się na czerwono dwa przyciski. Napisy na nich mówiły: ON i OFF. Znałem na tyle angielski, aby wiedzieć, do czego służą. Tyle że klapka była zabezpieczona zamkiem, do którego klucz z pewnością miał „szef”. Nie przejąłem się tym zbytnio i przegrzewałem wszystkie szuflady w poszukiwaniu czegoś ostrego, ciężkiego i najlepiej niewielkiego. Znalazłem klucz francuski. Nie był może zbyt ostry, ale z pewnością ciężki, a i jego gabaryty były, ujmując to po fachowemu, „kompaktowe”.
Wróciłem zatem do stojącej mi na drodze klapki i szybkim ruchem uderzyłem narzędziem w sam jej środek. Pękła natychmiast, z głuchym trzaskiem, rozsypując się w drobny mak. Uśmiechnąłem się mimowolnie. Mam cię, sukinsynu – pomyślałem. Nie wahając się ani sekundy, uderzyłem z całej siły kluczem w oba przyciski, a także wszystkie pomniejsze obok. Wystrzelił stamtąd snop iskier i odruchowo zasłoniłem twarz. Ułamek sekundy później z transformatora dobiegło mnie ciche buczenie, później jakby syk, a na końcu wszystko zgasło. Stało się to tak nagle, że aż przeszedł mnie dreszcz.
Wyszedłem uradowany z budynku rozdzielni. Przystanąłem na chwilę w bramie i poczekałem, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności.
Zamarłem. Pod drzewem po przeciwnej stronie ulicy nie dostrzegałem już znajomej sylwetki człowieka z dzieckiem na rękach. Prawdę mówiąc, nie dostrzegałem nic, co mogłoby świadczyć o ich obecności tam wcześniej. A przecież tam byli. Na pewno. Pomyślałem zrazu, że to chora wyobraźnia płata mi figle.
Podbiegłem do miejsca, gdzie widziałem ich ostatnio. Nic. Nawet trawa nie wyglądała na wydeptaną. A przecież Staszek z małym tam siedział! Nie mogli tak po prostu zniknąć!
Nie wiedziałem, co począć. Usiadłem pod tym drzewem, aby dać odpocząć myślom, kiedy nagle czyjś krzyk rozdarł powietrze, a potem rozległ się inny, bardziej złowieszczy hałas. Nie, to nie był hałas. To był wierszyk. To był t e n wierszyk. Jezus, Maria! Niemal czułem siłę tych kilku wersów niesioną głosem setek, a może i tysięcy ludzi. Rozejrzałem się, wstając natychmiast. W jednym końcu ulicy formowało się coś na kształt oddziału złożonego z recytujących bluźniercze wersy ludzi wyposażonych w pochodnie. Z odległości kilkudziesięciu metrów nie mogłem się mylić, co do miejsca przeznaczenie tego przerażającego pochodu. Tym celem byłem ja.


Noc


Było tylko jedno miejsce, dokąd mogłem uciekać. W przeciwną stronę ulicy.
Tak też zrobiłem. Sadziłem długie kroki, biegnąc co sił w nogach, byle tylko oddalić się od tego mrocznego oddziału. W płucach czułem palący ogień, kradnący resztki znajdującego się tam tlenu, zmuszając mnie do zwolnienia tempa. Cóż za straszliwa siła opanowała umysły tylu ludzi? – pytałem się w duszy cały czas. Wiedziałem, jaka, lecz nie chciałem w to uwierzyć. Bałem się.

Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”

Musiałem ich odnaleźć, po prostu musiałem. Staszek znikł, a mały razem z nim. Przepadli jak kamień w wodę. Były tylko dwa miejsca, gdzie mogli się ukryć. Chociaż im właściwie nic nie groziło. To przecież ja „wyłączyłem” Sprzedawcę Marzeń. Lecz na pewno?
Albo schowali się w tym pustym domku, albo w kartonach. Zdawało mi się, że raczej to pierwsze, choć niczego nie wykluczałem. Równie dobrze mógł po nich przylecieć wielki ptak – dokładnie taki, jakiego widziałem w górach – i zabrać ich gdzieś cholernie daleko. Nic nie mogłem wykluczyć. Jedynie jednej rzeczy byłem pewien: grozi mi śmiertelne niebezpieczeństwo, jeśli nie znajdę szybko sposobu na „obudzenie” tych ludzi. Podziwiałem Sprzedawcę Marzeń właśnie za to, że miał nad nimi tak wielką kontrolę, mimo że w telewizji już go nie było. Z czymś mi się to dziwne zjawisko kojarzyło, tylko nie byłem pewien, z czym konkretnie. „Mandżurski Kandydat” – tajny projekt wywiadu, mający na celu stworzenie bezwolnego golema wykonującego wszelkie rozkazy, włącznie z zabijaniem, bez najmniejszej dyskusji, bez wyrzutów sumienia. To było możliwe, lecz nie w tym przypadku. Tu działała siła „wyższa”. I właśnie to spędzało mi sen z powiek, a byłem bardzo, bardzo zmęczony…

Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”

Psychoza w mieście sięgała zenitu. Ja zaś osiągnąłem apogeum strachu. Za każdym rogiem mogła czaić się śmierć, za każdym krzakiem mogło czekać coś znacznie do niej gorszego. Kluczyłem się niczym partyzant, unikając jak ognia skupisk miejscowej ludności. Czasem mało na nich nie wpadałem. Chowałem się wtedy, gdzie popadło. Raz nawet minęła mnie grupa mamroczących „coś” ludzi dosłownie o kilkanaście centymetrów. Tym „czymś” były słowa:
„Zodoraje, lape zodirado Noco Mada…”
Przeszył mnie lodowaty dreszcz. Zimny pot spłynął po plecach. Bałem się jak cholera. Za co miałem ginąć? Za co? Wiedziałem, za co. Lecz dalej nie chciałem w to uwierzyć.

Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”

Doczołgałem się jakoś do domku, w którym przedtem byliśmy. Zajęło mi to dobre pół godziny. Co kawałek przemykały ulicą niewielkie grupki fanatyków z pochodniami, powodując u mnie palpitacje serca. Czułem, że zginę, jeśli tylko wychylę nosa.
Prześliznąłem się jakoś ku drzwiom, uchyliłem je powoli, by nie zaskrzypiały, po czym wszedłem do środka.
Odczekałem chwilę. Nasłuchiwałem. Nie zarejestrowałem żadnych podejrzanych dźwięków. Kamień spadł mi z serca. Omiotłem wzrokiem główny pokój – tylko go względnie dobrze zapamiętałem – potem zaś zaglądnąłem do kuchni.
Szok. Szok, szok, szok. Głowę bym dał, że Staszek nie posprzątał za sobą, kiedy mył małego i targał prześcieradło na strzępy. Byłem pewny, że jakiś ślad po nas pozostał. Mimo tej całej mej pewności… nie było tam nic, co mogłoby świadczyć o czyjejkolwiek bytności. Zupełnie jakbyśmy nigdy tam nie byli, a ja wyobraziłem sobie wszystko w przypływie, nie wiem, skrajnych emocji? Cholera, liczyłem, że jakaś kostka tej makabrycznej układanki wskoczy na swoje miejsce. Najwidoczniej się przeliczyłem, który to już raz...?
Przez moment łudziłem się jeszcze, że pomyliłem domek i wlazłem do innego. Niestety, aranżacja wnętrza nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Kanapa, stolik, telewizor były na swoich miejscach. Zatem… Skończyły mi się pomysły. Już nie miałem innej możliwości, jak uciekać stamtąd. Tylko gdzie? Most zwalony, coś mi mówiło, że i drugą drogą bym nie uszedł zbyt daleko. Pozostały góry. Odrzuciłem to. W ciemnościach, w tak zdradliwym terenie zginąłbym szybko.
Dalej nie mogłem się pogodzić z tak nietypowym zniknięciem mych towarzyszy. Może Staszek wyczuł niebezpieczeństwo i uciekł, jak najdalej potrafił, z małym uczepionym jego piersi? Jezu, to musiałoby być straszne. Biec z dzieckiem, o którym marzyło się całe życie, nie będąc wcale pewnym, czy samemu się przeżyje. Co by wtedy mały począł? Bezbronne, zapłakane dziecko, przytulone do nieżyjącego „odkupiciela”. Zapewne żaden z tych fanatyków by mu nie pomógł. No, chyba że umrzeć. Sama myśl napawała przerażeniem. Zagadki piętrzyły się w zastraszającym tempie, a odpowiedzi na nie nie przybywało. I to było najgorsze.

Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”

Nie było wyjścia. Musiałem uciekać. Dotarłem do drzwi. Przystanąłem. Nie słyszałem nawet najmniejszego szmeru, a mimo to nie czułem się pewnie. Innego wyjścia z domu nie było, a im dłużej zwlekałem, tym bardziej malały szanse na przeżycie. Powoli, bardzo powoli uchyliłem drzwi, uważnie obserwując okolicę. Wystarczyło.
Nie za dużo zapamiętałem z tamtej chwili. Twarz jakiejś istoty, jakby krzyżówki ptaka z człowiekiem, wpatrywała się we mnie skrzącymi się na czerwono oczyma, jej blade oblicze „zdobił” haczykowaty nos, a zamiast ust miała długi, bardzo ostry dziób. Zamiast włosów to c o ś miało pióra. I było o głowę wyższe ode mnie. Zamarłem. Nigdy w życiu nie widziałem podobnego dziwadła i coś mi mówiło, że ono jest ostatnim, jaki w ogóle zobaczę. Strach sparaliżował moje kończyny i odmówiły posłuszeństwa.
Nagle usłyszałem przeraźliwy skrzek. Ten człowiek-ptak otworzył szeroko dziób i dojrzałem w nim rzędy małych, ostrych jak brzytwa zębów skierowanych niczym u rekina w głąb szczęki. Gdzieś z tyłu dobiegał hałas pędzących ulicą ludzi. Recytowali wierszyk. Ten był jednak inny. O wiele straszniejszy. Wtedy poczułem silny ból w okolicach czaszki. Padłem na ziemię, chwytając się za głowę i krzycząc z bólu. Zemdlałem.

Ocknąłem się. Spojrzenie miałem jeszcze rozmyte, lecz mogłem już rozróżnić kontury.
Leżałem na plecach pośrodku jakiejś wielkiej sali, prawdopodobnie szkoły, związany, obolały i kompletnie skołowany. Pod sufitem migotały jarzeniówki, wiec musiały zadziałać generatory. Kiedy wróciła pełna ostrość widzenia, rozejrzałem się.
– Boże! – krzyknąłem przerażony.
Wokół sali, pod ścianami rozciągały się trybuny sięgające niemal zadaszenia. Rozwrzeszczane, zapewne mocno rozgniewane – delikatnie mówiąc – tłumy ludzi okupowały każdy centymetr kwadratowy ławek tam umieszczonych. Tym razem nie przełknąłem śliny w trudem. W ogóle jej nie przełknąłem. W gardle czułem takie pieczenie, jakbym przez rok nic nie pił. Byłem przerażony do granic możliwości. Tysiące wściekłych, jarzących się kolorem krwi oczu wpatrywało się nieustannie w miejsce, gdzie mnie porzucono – jak zwierzę na rzeź. Biło od nich zło. Prawdziwe, odwieczne, nie znające litości zło. Nawet nie chciałem myśleć, co się ze mną stanie, jeśli dopadnie mnie ta banda fanatyków. Pewnie obedrą mnie żywcem ze skóry. I wszystko przez to, że pozbyłem ich prądu. A właściwie samego Sprzedawcy Marzeń.
Z wysiłkiem podniosłem głowę nieco wyżej. Zauważyłem przed sobą, tuż obok wejścia do sali, tego człowieka-ptaka. Lodowaty dreszcz przeszył mnie od stóp do głów. Zdawało mi się, że coś podobnego już widziałem, tylko gdzie? Wtedy przypomniałem sobie wielki sunący po niebie cień, ten, który wystraszył mnie na górskiej drodze. A przedtem zwalony most. I ten dziwnie zachowujący się człowiek stojący na poręczy. Coś mi świtało, jakieś nikłe nici próbowały się połączyć w mym umyśle i utworzyć rozwiązanie. Ale na cholerę mi rozwiązanie, jeśli zaraz zginę? Na to już nie dałem rady sobie odpowiedzieć.

Sprzedawca Marzeń.
„Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione.”

Człowiek-ptak poszedł bliżej. Zatrzepotał skrzydłami o ogromnej rozpiętości, których wcześniej nie zauważyłem, zaskrzeczał coś niezrozumiałego i powiedział wysokim, skrzekliwym głosem:
– Kim jesteś, człowieku, aby niweczyć j e g o plany?
Nagle wszyscy zamilkli. Ich fanatyczne, lśniące szkarłatem oczy skierowały się na demona o ptasim pysku. Gdyż to był demon, we własnej osobie. Prosto z piekła. A ja nie chciałem w to uwierzyć…
– Cudem uniknąłeś śmierci na moście. Wiedz, że zdziwiło mnie to. Dlatego postanowiłem cię nie zabijać od razu i wpuściłem do miasta. A ty, zamiast mi dziękować, niszczysz j e g o pracę.
– A gdzież o n, demonie? – zapytałem lekceważąco. A nie powiewem był tego robić.
– Ha – powiedział. – Jednak coś rozumiesz. Dobrze, ułatwi nam sprawę.
Nagle ciszę zmąciło przeciągłe wycie. Jakby wilka, ale musiałby to być ogromny wilk. Ludzie na trybunach zamarli. Po chwili drzwi do sali rozsypały się w drobny mak, zasypując połowę podłogi trocinami pozostałymi po drewnie, z którego je zbudowano. Oczy wszystkich skierowały się ku wejściu.
Ogromny, ociekający wręcz nienawiścią wilk wkroczył do budynku. Z pyska płynęła mu szerokim strumieniem ślina. Czerwona ślina. Boże! Zadrżałem, choć cały czas trząsłem się jak galareta. Na grzbiecie bestii siedziała niewysoka postać. Miała krótko przystrzyżone czarne włosy, zapadnięte policzki, jego oczy spoglądały jakby zza światów, nieobecne, jego wymizerowaną twarz zdobił szczery uśmiech. To był…
– Sprzedawca Marzeń!!! – wybuchnął rykiem tłum fanatyków na trybunach. Nie mogłem w to uwierzyć, na ich twarzach malowało się autentyczne poświęcenie i lojalność. Jezu! To musiał być jakiś surrealistyczny film, którego częścią stałem się nieświadomie. Ale jak się z tego wyrwać?
Wstawali z krzeseł, skandując j e g o imię. Moje przerażenie sięgało zenitu.
Sprzedawca Marzeń uniósł dłoń. Na powrót nastała cisza.
Zsiadł z wilka, pogłaskał go po grzbiecie, po czym podszedł do swego demona, człowieka-ptaka. Przerzucałem spojrzenie z jednego na drugiego. Który groźniejszy? – pytałem się zdesperowany. Obaj jednakowo, mówił mi cienki, piskliwy głosik gdzieś z głębi duszy.
– Tak, człowieku – powiedział Sprzedawca Marzeń melodyjnym, miłym dla ucha głosem – czeka cię sąd. Iście diabelski – jego uśmiech nagle z pogodnego stał się złowieszczy – iście diabelski…
– Po co to wszystko? – spytałem cieniutkim jak nitka głosikiem.
– Po co, pytasz? Po prostu, dla rozrywki. Nie tylko ludzie potrzebują rozrywki. Czasem i demony – spojrzał kątem oka na swego sługę o ptasim pysku, po czym odwrócił głowę w stronę wilka. – Fenrirze, ukaż się.
Zmrużyłem oczy. Fenrir – syn Lokiego, demon przedstawiany w postaci wilka. Nie, to niemożliwe, niemożliwe… a jednak.
Przerażający ryk rozniósł się po sali. Skurczyłem się w sobie. Z bestii stojącej u wejścia nie pozostał nawet cień. W jego miejscu stał zaś… wilkołak. Pokręciłem głową z niedowierzania. Wilkołaki, ludzie-ptaki, demony, diabły… od tego można zwariować. To było zbyt irracjonalne, żeby mogło być prawdziwe.
Skierowałem wzrok ponownie na trybuny. Nie wiem, dlaczego, ale łudziłem się. Łudziłem, że może… Wtem, niczym rażony piorunem, dojrzałem znaną mi osobę. I to z dzieckiem na ręku. W środkowym rzędzie siedział Staszek, tuląc małego, lecz jego oczy już nie były takie, jak przedtem. Szkliste, lśniące, czerwone – biła od nich nienawiść. Nawet jego dopadł, nawet jego… Westchnąłem. Nie ma już dla mnie nadziei…
Bezradny jak owieczka w stadzie wygłodniałych wilków, trząsłem się, rozglądając wokół i zastanawiając, z której strony nadejdzie śmiertelny cios. Powoli zacząłem przypominać sobie miłe chwile z mego życia, których obrazy wykwitały mi raz po raz przed oczyma. Mimowolnie się uśmiechnąłem.
– Co cię tak cieszy? – zapytał rozdrażniony Sprzedawca Marzeń. – Nie myśl, że twa śmierć będzie szybka i bezbolesna. O nie, wprost przeciwnie. Będziesz nas błagał o ukrócenie twych mąk, zobaczysz.
Bardziej już nie mogłem się bać. Strach w moim przypadku miał „rozkład” paraboliczny z ramionami skierowanymi w dół. Maksimum już osiągnąłem i z wolna napięcie zaczęło we mnie opadać. Można powiedzieć, że prawie pogodziłem się z tym, co miało nastąpić. Żadne słowo, czy to demona, czy samego Sprzedawcy Marzeń, nie mogło wywrzeć na mnie wrażenia. Przywdziałem maską obojętności, za która jednak działy się różne rzeczy…
Sprzedawca Marzeń naradzał się ze swymi sługami – Fenrirem i człowiekiem-ptakiem. Gdybym to widział w telewizji, wziąłbym to za iście komiczną sceną. Zwyczajny człowiek rozmawiał z wilkołakiem i demonem o ptasim pysku. Tak, gdybym to widział w telewizji, zapewne śmiałbym się rozpuku. Lecz w rzeczywistości znaczyło to tyle, że pożyję parę minut dłużej, póki nie dojdą do porozumienia.


Świt


To, co stało się później, na trwałe zapisało się w mej pamięci jako rzecz tak niezwykła, że aż bajkowa. I chyba właśnie przez to realna.

– Po co kazałeś ludziom powtarzać szatańskie wersety? – zapytałem z nieznaną mi wcześniej pewnością siebie. – Przecież one same nic nie znaczą.
– Bystry jesteś, człowieku – kiwnął głową Sprzedawca Marzeń, z fałszywym uznaniem. – Owszem, same w sobie nic nie znaczą, ale wraz z podświadomą sugestią… cóż, co się będę rozgadywał, przecież tobie ta wiedza i tak na nic już się nie przyda.
– Jak tego dokonałeś? Jak wkradłeś się do telewizorów?
– Ty dalej nic nie rozumiesz – uśmiechnął się z pobłażaniem, pokręcił powoli głową. – Telewizja nie miała nic do rzeczy.
Zaskoczył mnie, a to znaczy, że…
– Tak, dobrze myślisz, człowieku. Iluzja. To jest najlepsza broń przeciw ludziom. Wmawiać im, co sami chcą usłyszeć, spełniać, co chcą, aby było spełnione…
– To też iluzja – wtrąciłem lekko pytającym tonem.
– To też była iluzja. Ale ty ją zniszczyłeś. I za to zginiesz.
– Jak mogłem ją zniszczyć? Tylko wyłączyłem prąd – zdziwiłem się.
– Widzisz, człowieku, odcinając miasto od prądu, odebrałeś ludziom możliwość spełnienia swych marzeń.
– Przecież sam mówiłeś, że to iluzja.
– Ale iluzja też potrzebuje środka przekazu.
– Więc to jedno wielkie oszustwo – powiedziałem z goryczą w głosie. – Król Kłamstw znowu nadchodzi, tak?
– Zdajesz się zbyt dużo wiedzieć – zmrużył oczy Sprzedawca Marzeń.
– Mam jeszcze jedno pytanie – powiedziałem, lecz niechcący zabrzmiało to jak prośba.
– Jedno, ostatnie. Choć i tak nie wiem, po co ci te odpowiedzi.
– Jeśli wszystko jest iluzją, ci ludzie nie są faktycznie pod twym wpływem…
– Masz rację – wtrącił – oni robią to z własnej woli, trochę tylko naciągniętej dla moich potrzeb. Ale jednak z własnej.
– Zatem jak jest możliwe, aby dziecko, które „sprzedałeś”, siedziało tam, na trybunach, jakby nigdy nic? Możesz to wyjaśnić?
– Jakie dziecko? – uniósł się Sprzedawca Marzeń, wyraźnie się denerwując. – O czym ty mówisz? – Spojrzał na mnie nienawistnie. – Żadnego dziecka nie „sprzedałem”, jak to określiłeś. A nawet jakby, to ono nie ma prawa istnieć. Zasłon iluzji padła z chwilą zniszczenia przez ciebie transformatora, a za nią poszły spełnione ludzkie pragnienia.
– No to patrz – rzekłem z błyskiem w oku.
Wskazałem mu palcem miejsce, gdzie siedział Staszek. Tylko że… nie miał dziecka. Zlał mnie zimny pot. Coś znowu nie grało. Coś znowu mi nie pasowało.
– Przecież tam było… – szepnąłem, zrezygnowany. – Było…
Sprzedawca Marzeń zaśmiał się chrapliwie. A za nim jego demony.
– Sam stworzyłeś sobie iluzję, człowieku – powiedział, poważniejąc w sekundzie. – A teraz, pozwól…
– A gdzie Bóg? – wtrąciłem, olśniony.
– Czego?
– Skoro jest diabeł, powinien być i Bóg. Gdzie zatem jest Bóg?
– Widocznie sobie zapomniał, on już tak ma. A teraz, pozwól, że Fenrir wyssie z ciebie trochę krwi, żebyś nie wierzgał za bardzo – rzekł z obleśnym uśmiechem na twarzy – kiedy…
Zamarł ze słowem na ustach. Wyczuł coś. Jakieś nieznaczne drganie powietrza, jakąś dziwną anomalię. Spojrzał na swe sługi. Pokręcili głowami. Coś nie szło według jego planu. Coś zakłóciło jego tok myślenia. Rozejrzał się po trybunach. Dokładnie przyjrzał się wszystkim twarzom. Jednak nie znalazł nic. Zwęził źrenice. Wiedział, że coś nie gra, czuł to przez skórę. A przeczucia nigdy go nie zawodziły.
– Ja nigdy nie zapominam, Szatanie – odezwał się głęboki, przepełniony spokojem głos.
Szybko się rozglądnąłem w poszukiwaniu jego źródła. Diabeł i demony również go szukali, zmieszani i rozdrażnieni.
Jakież było moje zdziwienie, jakież było zdziwienie Sprzedawcy Marzeń i jego sług, jakież było zdziwienie tłumu fanatyków na trybunach, kiedy źródłem tego głosu okazało się… dziecko. Maleńkie, opatulone w resztki prześcieradła, ledwo narodzone dziecko, unoszące się pod sufitem. Opadło na wysokość jakichś dwóch metrów i skierowało spojrzenie na Szatana. Z wrażenia odebrało mi głos. To było t o dziecko, którym zajmowaliśmy się ze Staszkiem, jak umieliśmy najlepiej, przez pierwsze chwile jego życia, a ono okazało się… właśnie, czym?
– Nie – pokręcił powoli głową diabeł, zamachał ręką przed sobą, jakby chciał coś odegnać – to nie może być prawda, jesteś tylko kolejną iluzją.
Dziecko uśmiechnęło się. Nawet ja pomyślałem, że to iluzja. Jednak to nie mogła być iluzja. Nie w tamtą noc.
Gdyż tamta noc była szczególna. Walpurgisnacht – noc, kiedy Dobro i Zło stają do walki. I dlatego O n nie mógł być iluzją. Lecz żadnej walki nie było.
Bóg pod postacią dziecka osiadł miękko na ziemi i podszedł do mnie małymi kroczkami, przyglądając mi się uważnie, przeszywając spojrzeniem mą duszę na wskroś. Jego oczka lśniły jeszcze bardziej niż przedtem, dwa małe szafirki. To spojrzenie uspokajało, dawało nadzieję, radość. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem. Poczułem przepełniające mnie ciepło, płynące jakby z głębi serca, rozchodzące się po całym ciele.
Wskazał na mnie palcem. Krępujące moje nadgarstki więzy opadły.
– Jesteś wolny, Adamie – powiedział powoli, kojąc me zszarpane nerwy. – I wybaczam tobie.
– Czy ty jesteś…? – szepnąłem, gdyż nic więcej nie mogłem z siebie wydusić.
– Tak, nim jestem – odparło dziecko.
– Ale co się stało w tym mieście?
– Chyba już wiesz – spojrzało znacząco na Szatana i jego sługi, wpatrujące się w niego z płonącą nienawiścią w oczach, lecz w bezruchu, co świadczyło o… strachu?
– Tak, iluzja – uśmiechnąłem się blado. – Ale jak to możliwe?
– Wiara, Adamie, czyni cuda. Lecz nie tylko, i pamiętaj o tym.
– Powoli zaczynam rozumieć. Jak oni wrócą do normalnego życia? – zapytałem spoglądając na trybuny, rozcierając obolałe dłonie.
– Dam im jeszcze jedną szansę.
– Cofniesz czas? – spytałem z niedowierzaniem.
Nie odpowiedział.
– A dlaczego Staszek? Dlaczego jako dziecko?
– Gdyż on najbardziej tego pragnął. On też dostanie drugą szansę. A co do dziecka… cóż, to najczystsze, najbardziej nieskalane stworzenie. Bez grzechu, a to najważniejsze.
Odwrócił się w stronę istot z piekła rodem.
– Wracajcie, skąd przyszliście – powiedział Bóg pod postacią dziecka – do piekielnych otchłani, gdzie wasze miejsce.
– Nie licz, że się nas tak łatwo pozbędziesz – syknął przez zaciśnięte zęby Sprzedawca Marzeń. – Jeszcze się spotkamy, zobaczysz.
– Zapewne, ale na dziś już dosyć.
– Z tobą też, człowieku – rzekł z pogardą Szatan – policzę się później. Nie musisz mi wierzyć, weź to po prostu za pewnik. Taki „diabelski aksjomat” – uśmiechnął się złowieszczo. – Bywajcie tedy – ukłonił się z udawaną godnością i wyszedł z sali. Sekundę później niebo rozdarł przeraźliwy grzmot, a ziemia zatrzęsła się posadach. Potem nie było już nic.

Obudziłem się przerażony, kompletnie rozbity, zlany potem. Łapałem haustami powietrze, jakbym tonął. Poduszką wytarłem spoconą twarz. Jezu! Co za okropny sen! Zdecydowanie za dużo książek, zdecydowanie… Dlaczego więc bolą mnie nadgarstki…?


***


Równo rok później.
– Idę do Mariusza, mamo – zawołałem, stając w progu pokoju dziennego. – Słyszysz?
– Co powiedziałeś? Mów głośniej. Przez ten telewizor nic nie słyszę.
– Mówiłem, że idę do Mariusza – powtórzyłem, tym razem powoli, wyraźnie, zmierzając ku mamie siedzącej na kanapie. – Co to za głupi program?
– Nie przeszkadzaj.
– Jakieś telezakupy?
– Co? Nie, skądże znowu.
– To co?
Spojrzałem jej przez ramię. Musiałem się chwycić kanapy, żeby nie upaść. Nogi miałem jak z waty. Tysiące makabrycznych obrazów przemknęło mi przed oczyma. Nie, Boże, to nie może być prawda…
– Jestem Sprzedawcą Marzeń. Powiesz wierszyk, pragnienie spełnione, Adamie… – powiedziała postać z szerokim, budzącym zaufanie uśmiechem. Miała krótko przystrzyżone czarne włosy, kontrastujące z bladą jak papier twarzą o zapadniętych policzkach i dziwnie nieobecne spojrzenie, chociaż wpatrywała się prosto w moje oczy.


KONIEC

aenim 21/05/2006 00:43:41 [Powrót] 'Say' sth